Bella Italia
Idąc tropem materiałów opisujących motoryzację oraz zwyczaje drogowe (i nie tylko) obcych krajów, które miałem okazję odwiedzić, a co najważniejsze również zjechać za kierownicą auta, po Turcji i Hiszpanii przyszła pora na legendarne Włochy.
Wybraliśmy się tam na tygodniowe wakacje z dosyć mocno napiętym planem. Ze względu na przelot z Polski do Włoch samolotem od początku w grę wchodziło wynajęcie tam na praktycznie cały pobyt. Nie będę Was karmił farmazonami jaką to wolność daje samochód, ale to dzięki niemu mogliśmy w ciągu tygodnia zobaczyć naprawdę dużo.
Wypożyczenie auta
Samochód we włoskiej wypożyczalni, operującej w pobliżu lotniska z dowozem i odwozem firmowym busem, rezerwowałem z mniej więcej miesięcznym wyprzedzeniem. Wiedząc o włoskich zwyczajach parkingowych, które nie odbiegają zbytnio od hiszpańskich (ach ta gorąca krew w żyłach południowców), żelaznym warunkiem było pełne ubezpieczenie ("full insurance") bez udziału własnego i bez potrzeby posiadania karty kredytowej (dało się). Niestety wybrana wypożyczalnia nie operowała w nocy, a ze względu na włoski czas na wszystko, z terminala wykluliśmy się grubo po północy, więc auto odebrałem dopiero kolejnego dnia. Przy tej okazji mogliśmy sprawdzić jak działa Uber w Italii. Działa super, pod warunkiem że wybierzecie opcję „black”, bo na normalnego to się nie doczekacie. Ceny takie jak u nas, tylko że w Euro, a jak szczęście dopisze, to nawet z polskim kierowcą uda się pojechać.
Ponieważ podróżowaliśmy we czworo (dwie osoby dorosłe i dwoje nastolatków), a ze sobą mieliśmy dwie walizki i cztery plecaki, potrzebowaliśmy coś większego niż budżetowa Panda. Wybór padł na kompaktowego SUV-a w typie Nissana Qashqaia lub Forda Kuga. Ostatecznie dostaliśmy pierwsze z tych aut, ale dopiero drugim egzemplarzem udało mi się odjechać z parkingu wypożyczalni. Przygotowany (podobno) dla nas ładny niebieski egzemplarz miał bowiem flaka w tylnej oponie. Więcej możecie o tym przeczytać w teście Quashqaia na ziemi włoskiej. Po krótkiej wymianie uwag otrzymaliśmy w zastępstwie szarego Nissana, roczniaka z już widocznymi na nadwoziu śladami mocnej eksploatacji we włoskim klimacie (drogowym). Co ciekawe człowiek z wypożyczalni po załatwieniu mojego tematu, wsiadł do wspomnianego niebieskiego auta z kompletnym brakiem powietrza w jednej z opon i pojechał nim (chyba) do wulkanizatora, a przynajmniej opuścił teren parkingu wypożyczalni. Dziwne.
Finalnie pokonaliśmy Nissanem QQ blisko 1 000 kilometrów, startując z Bolonii, zwiedzając znaczną część Motor Valley, odwiedzając nadmorskie Rimini (z Bolonii to jakieś 1,5 godziny jazdy autostradą A14), kończąc nad jeziorem Garda, które od Bolonii dzieli około 2,5 godziny jazdy autostradą A22 w kierunku przełęczy Brenner, zamkniętej notabene w owym czasie w ramach protestu lokalnej społeczności. Nad Gardą również nie próżnowaliśmy, zjeżdżając ją od północy, przez zachodnią część, aż do południowej strony. Auto każdego dnia, a raczej nocy stało na parkingu tylko wtedy, gdy my odpoczywaliśmy zbierając siły na kolejny dzień. Myślę więc, że te kilka dni dały mi względny pogląd na to, jak wygląda motoryzacyjna strona Włoch. Zatem do dzieła.
Na trasie
Na początek, najważniejsze - ograniczenia prędkości na włoskich drogach nie odbiegają od europejskich standardów. Poza terenem zabudowanym można spotkać się z ograniczeniem do 70 km/h, często w okolicy większych miast lub ze względu na słaby stan nawierzchni (słaby, czyli taki jak u nas traktowany jest jako norma). W centrach miast często spotykamy się z ograniczeniem do 30 km/h.
Po włoskich autostradach widać i czuć ich wiek, często bowiem mają one po 50 i więcej lat. Jest ich całkiem sporo, ale jeszcze więcej jest dróg ekspresowych jedno i dwujezdniowych. Zwłaszcza na północy jest ich tyle, że łatwo jest się w nich pogubić, ale na szczęście wymyślono nawigację.
Na drogach szybkiego ruchu, niekoniecznie z większą ilością pasów, spotkać można stosunkowo krótkie pasy rozbiegowe. Kierowcy nauczyli się z tym żyć i albo współpracują ze sobą, albo się wpychają bezceremonialnie mając jeszcze grubo poniżej dopuszczalnej prędkości, której w sumie i tak nie mieliby jak osiągnąć. Mimo to nikt nikogo nie pogania błyskając światłami drogowymi i siadając na zderzaku. Jeśli ten z tyłu jest szybszy, to zachowując odpowiedni dystans, daje znać o swojej obecności lewym kierunkowskazem i tyle. Da się?
Nie zauważyłem też, żeby ktoś naprawdę zasuwał, łamiąc ostro ograniczenia. Włosi mają na wszystko czas, a dodatkowo fotoradary i okresowe kontrole prędkości, które najczęściej spotkamy w miejscowościach i pomiędzy nimi, są anonsowane wcześniej przez tabliczki z głową policjanta. Jeśli jedziemy w tempie innych aut, raczej nic złego nas nie spotka.
No dobra, raz widziałem bardziej brawurową jazdę, ale wynikało to raczej z możliwości sprzętowych, a nie z ewidentnego łamania przepisów. Mam tu na myśli stado zamaskowanych Lambo tuż obok Sant'Agata Bolognese. No ale taki już klimat Motorvalley, o której pisałem jakiś czas temu.
Autostrady są płatne, ale na bramkach nie spotkamy żywej duszy. W razie problemów możemy się połączyć z "call center" bezpośrednio spod szlabanu. Za autostrady płacimy albo włoskim systemem opłat (żółte bramki Telepass), kartą debetową lub kredytową (niebieskie bramki z symbolem karty) lub gotówką (białe bramki z symbolem monety). Ceny są znośne i przykładowo przejazd z Bolonii do Rimini kosztował w połowie 2026 roku 8,9 Euro, z Bolonii do Campogalliano (opuszczona fabryka Bugatti) 4,6 Euro, dalej z Campogalliano nad Gardę 7,6 Euro, a droga powrotna znad Gardy do Bolonii kosztowała 10,2 Euro. Na co jeszcze zwróciłem uwagę to wydawanie bilecików na wjeździe. Nie trzeba pociskać przycisku, żeby wydrukować bilet. Automat robi to za nas w momencie gdy podjeżdżamy pod szlaban, więc po opuszczeniu szyby bilecik już na nas czeka. Proste, a jakie skuteczne i przyspieszające przejazd przez bramki.
Tankowanie
Wracając do wyludnionych okienek na bramkach autostradowych, podobnie rzecz ma się ze stacjami benzynowymi. W znacznej mierze są one również samoobsługowe z przedpłatą polegającą na blokadzie na karcie 100 Euro z małym hakiem i zwrocie różnicy po zakończeniu tankowania. Zwrot trwa zwykle trwa to od kilku do maksymalnie kilkunastu minut i działa naprawdę dobrze. Ciekawostką było spotkanie 4 stacji różnych sieci, ulokowanych na wylotówce z Bolonii praktycznie tuż obok siebie i tylko jedna z nich miała klasyczny sklep i żywą obsługę. Oczywiście cena paliwa na takich stacjach może być nieco wyższa, ale tu nie zaobserwowałem jakiejś reguły. Minusem może być fakt, że zwłaszcza wieczorem na automatycznych stacjach może być trochę creepy, a i nasze bezpieczeństwo stoi pod zdecydowaniem większym znakiem zapytania.
Ceny paliwa? Za litr benzyny bezołowiowej 95 na samoobsługowej stacji sieci Q8 zapłaciłem późną wiosną 2026 jakieś 1,9 Euro, więc zatankowanie do pełna wypożyczonego Qashqaia (43 litry) kosztowało 81,66 Euro. Drugie tankowanie nad Gardą (również samoobsługowe) to odpowiednio 25 litrów za łącznie 48,98 Euro, więc 1,96 Euro za litr.
Przed oddaniem auta postanowiłem jeszcze je umyć na samoobsługowej myjni i muszę przyznać, że żetony znikały w okamgnieniu. Szybkie odkurzenie wnętrza i opłukanie nadwozia pochłonęło prawie 10 Euro. Drogo, ale może dlatego, że była to myjnia w okolicach lotniska, a to jak wiemy często wpływa negatywnie na cenę wszystkiego.
Parkowanie
Parkingi, podobnie jak w Hiszpanii, oznaczone są kolorami. Białe linie oznaczają darmowe miejsca parkingowe. Obramowane na niebiesko są płatne, ale często tylko w wyznaczonych godzinach (na przykład od 8 do 18). Na żółtych miejscach mogą parkować jedynie lokalni mieszkańcy. Ceny parkingów wzdłuż ulic większych miast, ale poza ich centrum, na przykładzie Bolonii oscylują w granicach 2 Euro za godzinę. Podziemne i piętrowe parkingi to już jakieś 3 Euro za godzinę lub 25 Euro za cały dzień, i to ten pierwszy, bo potem będzie już nieco taniej. Nie próbowałem parkingów strzeżonych, bo w sumie nie po to brałem pełne ubezpieczenie, a w aucie nigdy niczego nie zostawialiśmy (to ważne!). Spędzając pierwsze noce w Bolonii bez problemu znajdowałem wolne miejsce parkingowe ulicę, dwie od miejsca naszego noclegu w prywatnym mieszkaniu, praktycznie nie dopłacając ani grosza bo parkowane obejmowało bezpłatne godziny. Nic też z autem się nie wydarzyło, ale mając na uwadze przestrogi o kradzieżach, jak już wspomniałem nie pozostawialiśmy w aucie nic co mogłoby przyciągnąć uwagę, nawet kabla do ładowania telefonu.
Wracając jeszcze do cen za parkingi, to w Rimini, kurorcie na miarę naszego Mielna (ale tak naprawdę to bez jakiegokolwiek porównania), parking przy nadmorskiej promenadzie kosztował nas 6,5 Euro za 6 godzin (trzeba tylko ogarnąć mało przyjazny parkomat), a wynajęcie leżaczka na plaży to 5 Euro od sztuki bez limitu czasu. Oczywiście były to ceny przed sezonem wysokim (lipiec, a zwłaszcza sierpień), ale porównując do naszych nadbałtyckich kurortów może się okazać, że Włochy wychodzą po prostu taniej.
Jeśli zaś chodzi o parkowanie nad wiecznie zatłoczoną Gardą, to tutaj nie ma reguły. My nigdzie nie mieliśmy z tym problemu, ale parkingowa opatrzność chyba nad nami czuwała w tych dniach. Oczywiście w naszej bazie noclegowej w Toscolano Moderno mieliśmy parking w ośrodku (ulokowany pod basenem), ale żeby zachować niezależność, wszystkie wybrane punkty postanowiliśmy odwiedzić wypożyczonym autem.
Tak więc w Limone sul Garda (słynne cytrynowe miasteczko) wbiliśmy praktycznie pod sam deptak, zastając jednakże wypełniony po brzegi, oczywiście płatny, otwarty parking znany z wielu relacji podróżniczych na YouTube. W grupie oldtimerów udało nam się przesmyknąć do znajdującego się tuż obok piętrowego parkingu, w którym bez problemu znaleźliśmy wolne miejsce w cenie 3 Euro za godzinę.
W Riva del Garda zaparkowaliśmy na niezbyt dużym parkingu, również praktycznie w samym centrum miasta, ale wciąż poza wydzieloną strefą ZTL, o której napiszę więcej za chwilę. Mogę powiedzieć, że w tym wypadku mieliśmy farta ponieważ ktoś właśnie opuszczał ten parking i na wyświetlaczu informującym o ilości wolnych miejsc zero zmieniło się w pełną nadziei jedynkę.
Ogólnie nad Gardą trudno o duże parkingi, zwłaszcza w popularnych turystycznie miejscach na północy i czekanie pod szlabanem aż ktoś wyjedzie to często spotykany widok. W Sirmione sul Garda na południowej stronie, mieście z wąskim cyplem wdzierającym się głęboko w obrys jeziora i zamkiem na wodzie, czekanie pod szlabanem przybrało na tyle patologiczną formę, że zablokowało ruch w praktycznie całej miejscowości. Nam udało się wyrwać z tego impasu zostawiając auto na terenie willi, których było tam od groma. Jak się okazuje, niektóre z nich udostępniają swoje tereny (również te zielone) jako parking dla turystów. Koszt takiego parkowania to 10 Euro, bez względu na czas. Jak się później okazało, jedząc lunch w ich restauracji, na tarasie z pięknym widokiem na Gardę, wspomnianą kwotę odliczono nam od rachunku. Rozwiązanie idealne.
W samochodzie warto mieć również wskaźnik pokazujący od kiedy parkujemy. To takie małe niebieskie okienko ze wskazówką i ruchomą tarczą godzinową. Można je kupić na stacjach benzynowych (tych z zapleczem handlowym), albo w wybranych sklepach. Przydałoby nam się ono na parkingu pod wodospadem Varone, gdzie miejsc jest jak na lekarstwo (znowu udało nam się trafić na moment gdy ktoś wyjeżdżał) i na dodatek są one bezpłatne pod warunkiem postoju nie przekraczającego dwóch godzin. Oczywiście nie mieliśmy wspomnianego "timera", ale z pomysłowością istną MacGyver'a umieściłem na podszybiu kartkę z odręcznie napisaną godziną przyjazdu. Zadziałało i to jest najważniejsze.
W mieście
Poruszając się po centrach miast musimy uważać na niezbyt mocno rzucające się oczy tablice ze znakiem zakazu wjazdu, skrótem ZTL i dodatkowym opisem wyjaśniającym poniżej (zbyt małym, żeby go przeczytać bez przystanięcia). ZTL to Zona a Trafico Limitato czyli strefa tylko dla pojazdów zgłoszonych w systemie, do których należą mieszkańcy i dostawcy oraz ewentualnie wcześniej zarejestrowani goście hotelowi. Wjazd do nich jest dosyć specyficznie oznakowany i bardzo łatwo go przeoczyć, co w efekcie może srogo zaboleć nasz portfel i to z reguły po czasie. Możemy dostać list do domu z wezwaniem do zapłaty 100 Euro (nieco mniej jeśli zrobimy to szybko), albo co gorsze wypożyczalnia obciąży naszą kartę kredytową kwotą mandatu powiększoną o opłaty manipulacyjne (dlatego szukajcie wypożyczalni nie potrzebującej Waszej karty, albo blokujcie kartę po powrocie). Obecnie ścisłe centra większości miast są strefami ograniczonego ruchu. Napotkaliśmy je w Bolonii, Modenie (a w Maranello np. już takiej nie ma), w Rimini, czy nawet w instagramowym Riva del Garda.
Czy Włosi są mili za kierownicą? Wbrew obiegowym opiniom, włoscy kierowcy wcale nie krzyczą na siebie na każdym rogu. Gestykulują, częściej na siebie trąbią, ale to tyle. Zero agresji drogowej jaką znamy chociażby z naszego dzikiego kraju. W pamięci utkwiło mi nieco zabawne w moim odczuciu zachowanie przy wjeździe na ronda. Jeden pas w takim miejscu to rzecz umowna. Stają sobie bowiem dwa auta obok siebie i jakoś to idzie. Ten kto ma większą determinację jedzie pierwszy. Ktoś się wciśnie, ktoś kogoś przepuści. Przecież na rondach i tak w większości wypadków nie ma wyznaczonych pasów ruchu, a jak już do czegoś dojdzie to co najwyżej do obcierki, na którą i tak mało kto zwróci uwagę. Podobnie jak w Hiszpanii, również we Włoszech trzeba uważać na skutery, bo są one dosłownie wszędzie (oprócz autostrad oczywiście). Jeśli spotkacie auto z dużą literą P na kartce za tylną szybą to również uważajcie. Takie znakowanie mówi innym, że autem jedzie kierowca z krótkim stażem za kółkiem. Taka włoska wersja naszego zielonego listka, jeśli ktoś to jeszcze pamięta.
Włochów cenię za zamiłowanie do klasycznej motoryzacji, wręcz czczenie jej. Nikogo nie dziwi para starszych ludzi podjeżdżająca na kawę nad brzegiem Gardy Jaguarem XK120 z maską zabezpieczoną paskiem i widocznymi śladami częstszego użytkowania. Drugi uroczy przykład to tabun FIATów 850 w Limone sul Garda biorących udział w 11. ogólnokrajowym zlocie klubu Ottoemezzo. Włoski klub miłośników tych aut urządził w tym ikonicznym miejscu przystanek na trasie swojego mobilnego zlotu wiodącej dookoła jeziora (w takim korku aż miło się stoi). W końcu liczne grupy oldtimerów wszelakiej maści krążące po północnych Włoszech w słoneczne czerwcowe dni. Po prostu piękne widoki. Czego chcieć więcej?
Ogólnie Garda, jak i inne włoskie górskie jeziora to miejsca idealne dla miłośników jazdy dla samej przyjemności z jazdy. Drogi są tutaj ciasne i wiją się niczym spaghetti, przez co nie da się rozwijać dużych prędkości. Do tego piękne widoki, dobre jedzenie i ogólnie panujący chill zachęcają nas do zwolnienia. Nad Gardą, a konkretnie na drodze SS45bis, przed Riva del Garda znajduje się odcinek znany z intro do „Quantym of Solace”, podczas którego James Bond uciekał swoim Astonem DBS przed złolami w czarnych Alfami 159. To od tej drogi, ale nieco wcześniej (przed Limone sul Garda) odbija kultowa Strada della Forra. To jedna z tych dróg, którą każdy petrolhead powinien przejechać w swoim życiu przynajmniej raz.
Przebierańcy z Chin
Czy Włosi jeżdżą chińskimi autami? Tak i nie. Z jednej strony spotykamy bardzo często elektryczne maluchy Leapmotor T03 (w sumie to częściowo włoskie, bo 20% udziałów w Leapie należy do Stellantisa), które pełnią obecnie podobne funkcje jak Panda, czy Uno w swoim czasie. Poza miastem, zwłaszcza w trudniejszych terenach rolę Pandy 4x4 przejął... „adidas”. Chodzi tu o Suzuki Ignis z charakterystycznym przetłoczeniem na słupku C. Oczywiście klasyczne kanciaste Pandy można jeszcze spotkać i szczerze mówiąc, widok każdego egzemplarza tego pociesznego auta wywoływał u mnie uśmiech na twarzy.
W centrach miast spotkać możemy dużo małych toczydełek, z których Smart wydaje się być jednym z największych. Niezmiernie popularne są Citroeny Ami i bardziej stylowe Fiaty Topolino (obie bliźniacze konstrukcje produkowane są w Maroko). Poza tym w każdym zaułku widać poupychane mniej znane elektryczne wozidełka. Jeśli zaś chodzi o dostawy i utrzymanie w czystości to w ciasnych włoskich uliczkach prym wiodą małe dostawcze Piaggio / Daihatsu oraz koreańskie mini ciężarówki. W sumie to nie ma co się temu dziwić, jeśli uliczki potrafią mieć 2x2 metra.
Znane z naszych dróg BYD-y, Omody, Jaecoo i Cherry spotkałem naprawdę jednostkowo. Większą popularnością cieszą się auta marki dr i Evo, czyli zwłoszczone chińczyki. Te „marki” to nic innego jak zrebrandowane auta głównie marki Cherry. Podobno jest jeszcze Sportequipe (crossovery Jetour) oraz kilka innych zeuropeizowanych znaczków na maskach, ale na te auta nie natrafiłem w północnej (tej bogatszej) części Włoch.
Mangiare!
Na koniec słów kilka o kulinariach. Kilka ponieważ o włoskiej kuchni napisano już chyba wszystko, ale przydomek "La Grassa" (po polsku "tłusta") nadana Bolonii zobowiązuje do napomknięcia tutaj i na ten temat.
Jeszcze mała uwaga dla tych, którzy tego nie wiedzą. Otóż siadając przy stoliku w restauracji musicie liczyć się z opłatą "coperto" (za nakrycie), która wynosi przeciętnie od 2 do nawet 2,5 Euro od osoby. Dlatego jeśli chcemy posilić się na szybko, warto wziąć kanapkę w rękę i zjeść ją na stojąco. Często stoliki przy których je się na szybko i na stojąco, ulokowane na chodniku nie są objęte „coperto”.
Ponadto w małych samoobsługowych sklepach trzeba też liczyć się z tym, że w sezonie letnim woda i napoje wzięte z lodówki mogą być nawet dwa razy droższe od tych z półki. Na paragonie z dyskontu znaleźć możemy określenie "sconto a pagare", czyli "do zapłaty po rabacie". Polega to na urywaniu końcówek, najczęściej do równowartości pełnych dziesiątek eurocentów. Spotkałem się z tym w spółdzielczych sieciach włoskich supermarketów Coop oraz Conad i trochę zdziwiony byłem, że kobieta na kasie nie chciała ode mnie dwóch centów, które z wielkim zaangażowaniem wygrzebałem z dna kieszeni.
To tyle jeśli chodzi o moje spostrzeżenia z wypadu do Włoch, które są piękne, ale i specyficzne. Co prawda moje wrażenia opierają się bardziej o część centralną i północną tego kraju, ale mam nadzieję w najbliższym roku odwiedzić również południowe regiony, żeby zweryfikować swoje zdanie na wyżej opisane tematy. A jakie Wy macie spostrzeżenia związane z tym krajem? Sekcja komentarzy jest Wasza.
Więcej zdjęć z naszego małego „Italian Job” znajdziecie na Facebooku i Instagramie.





























































