niedziela, 18 października 2026

Miejsca: Poniedziałek na Nürburgringu

Green hell, zielone piekło, nurb, n-ring, czy w końcu Nordschleife pochodzące od dłuższej pętli północnej, to tylko część nazw używanych w odniesieniu do kultowego niemieckiego toru wyścigowego, który w czerwcu 2027 roku będzie obchodzić 100-lecie swojego istnienia.

O Nürburgringu, bo o nim tu mowa, napisano już chyba wszystko i przypuszczam, że nie ma  osoby interesującej się motoryzacją i motorsportami, która nie znałaby tej legendarnej lokalizacji.

Przydomek „green hell” nadał słynny kierowca wyścigowy i mistrz F1 Jackie Stewart ze względu na stopień trudności tego toru i liczbę wypadków, która w jego historii pochłonęła już sporą ilość istnień. Do najbardziej znanych wypadków, do których doszło na Nürburgringu z pewnością należy kraksa Nikiego Lauda, która spowodowała wprowadzenie w Fromule 1 wielu zmian mających na celu podniesienie bezpieczeństwa, lot Janna Mardenborough, laureata GranTurismo Academy, który skończył się tragicznie dla jednego z widzów, czy w końcu spektakularny wypadek Polaka sprzed roku, który zamienił swoje Porsche 911 GT3 RS w kulę ognia zarejestrowaną kamerami monitoringu.

Wypadki (również śmiertelne) nie omijają także ekip testujących na tym wymagającym torze nowe konstrukcje aut i opon, czy też prywatnych kierowców korzystający z możliwości wjazdu na tor podczas dni otwartych, tak zwanych Touristenfahrten. Wjazd na tor kosztuje 30 Euro za jedno okrążenie i należy pamiętać, że w czasie jazd turystycznych nitka toru traktowana jest jak odcinek drogi publicznej bez ograniczenia prędkości, ale z wszystkimi wymaganiami prawnymi dotyczącymi kierowców i samochodów (prawo jazdy, przegląd techniczny, rejestracja i niezbędne wyposażenie) oraz konsekwencjami w przypadku spowodowania wypadku. O rozbicie auta na Nürburgringu wcale nie jest trudno, czego dowodzą chociażby popularne kanały na YouTube prezentujące kraksy zrejestrowane podczas Touristenfahrten.

Na tor dotarliśmy jadąc od strony Düsseldorfu, w kierunku Stuttgartu. Nawigacja podpowiedziała bardziej popularną i jednocześnie zatłoczoną autostradę A3, ale my wybraliśmy A61 biegnące po zachodniej stronie Renu. Pomiędzy Bonn i Koblencją trzeba odbić z A61 w kierunku południowozachodnim, pokonać kilka niemieckich wsi i miasteczek, co zabierze nam jakieś dwa, może trzy kwadranse, żeby pośród pól i lasów trafić na Ring Boulevard, czyli prostą biegnącą przed głównymi budynkami toru. To tam znajduje się dumnie wyeksponowany, duży i czerwony, viralowy napis Nürburgring.

Muszę przyznać, że na wizytę na Nürburgringu wybraliśmy chyba najgorszy dzień tygodnia. Co prawda odbywały się tego dnia jazdy treningowe wyścigówek DTM i innych serii GP, ale dostęp na trybuny okazał się być zamknięty. Do dyspozycji pozostały jedynie punkty widokowe za płotem, rozsiane w kilku miejscach wzdłuż nitki toru. W tym czasie ringtoole spały sobie smacznie w piętrowym garażu zlokalizowanym przy głównym wejściu do Info Center, a Audi z Ingolstadt pakowało nieśpiesznie swoje R8-ki do dwóch zabudowanych lor, po zakończonym weekendzie Driving Experience dla klientów i bardziej zamożniejszych fanów marki. Ot zwykły poniedziałek w „zielonym piekle”.

Niestety nie udało nam się spotkać również żadnego zamaskowanego prototypu przedprodukcyjnego, chociaż miałem cichą nadzieję na zrobienie spy photo, żeby później na spokojnie dochodzić, jakie auto ono przedstawia.

Wracając do miejscówki z dużym czerwonym napisem, w której każdy odwiedzający tor chce mieć zdjęcie, to wzdłuż Ring Boulevard obowiązuje permanentny zakaz postoju i zatrzymywania się. Ludzie jednak i tak stają, wypuszczając wcześniej swoje „lube”, żeby z drugiej strony ulicy zrobiły im ikoniczne zdjęcie. Oczywiście można też stanąć „legitnie” na parkingu przy gospodzie (tego dnia szlabany były podniesione więc parkowaliśmy za darmo) i zrobić sobie zdjęcie w tym samym stylu, ale bez pośpiechu i zbędnych emocji.

Na wspomnianym parkingu, gdzie zostawiliśmy tego dnia nasze auto, trafiliśmy na czarne jak smoła R32 z Wielkiej Brytanii (ogólnie tego dnia było tam sporo aut z GB), podrasowane R35 ze Szwajcarii, czy w końcu Porsche 996 ucharakteryzowane na Mantheya.

Skwer przed wejściem do Info Center powitał nas naturalnej wielkości pomnikiem wykonanym z brązu i przedstawiającym jednego z najwybitniejszych kierowców wyścigowych w historii – Juana Manuela Fangio, opierającego się o swoją Srebrną Strzałę, czyli Mercedesa W196. Maskotką toru jest zaś lisek o imieniu Legend, który nawiązuje do Fuhsröhre, czyli zakrętu nazywanego lisią norą.

W holu Info Center od razu trafiamy na oferty przejażdżki po torze na fotelu pasażera, kosztujące odpowiednio 400 Euro za Porsche 911 GT3 RS i 250 Euro za BMW M2/M3/M4. Można też wynająć auto, którym pojedziemy na tor samodzielnie, ale tutaj cen nie zgłębiałem. Na miejscu jest kilka firm oferujących taką usługę, a w garażu stoi masa aut gotowych do krótkoterminowego wypożyczenia. Zresztą przed samym wejściem do Info Center na swojego nowego kierowcę tymczasowego czekał już Cayman od RingTaxi Rental. O ile w ciągu dnia trwały wspomniane już jazdy treningowe, to na popołudnie szykowano się już na Touristenfahrten.


Z holu przechodzi się do głównego pasażu dla kibiców, pod sufitem którego znajduje się duży podwieszony obrys toru. W czasie imprez przestrzeń ta jest wypełniona kibicami i fanami motorsportów, dla których przygotowano showroomy BMW M i Mercedesa-AMG. Jest tam również pawilon Caterham Experiences, ale niestety w dniu naszej wizyty wszystkie te przybytki były pozamykane.


Otwarte było kilka obszernych sklepów, w których oprócz gadżetów związanych z samym Nürburgringiem można się zaopatrzyć we wszystko, czego pasjonat i kibic potrzebuje (albo jeszcze nie wie, że potrzebuje), zwłaszcza jeśli jest fanem niemieckich marek z Porsche na czele. Nie zmienia tego nawet fakt, że w jednym z fanshopów, na wprost wejścia stał wyścigowy Lexus RC F GT3. Ceny? Adekwatne, czytaj mniej lub bardziej odklejone, a w niektórych przypadkach zahaczające o kosmiczne. Przykładem niech będzie mała naklejka z obrysem toru za 7 Euro i fotel Gulfa za 1 099 Euro...


Na zewnątrz znajduje się również kilka restauracji, w tym sieciówki znanych marek, na szczęście otwartych w ten nieszczególny poniedziałek. My wybraliśmy szybką "szamę" w Subwayu, gdzie wrażenia smakowe były dokładnie takie, jak w innych markowych fast foodach na ziemiach niemieckich, czyli zjedz i idź.

Pod podłogą pasażu, czy jak ktoś woli galerii dla kibiców, znajduje się piętrowy i już płatny parking, który postanowiliśmy spenetrować pod kątem polowania na Porsche 911 GT3 RS, którego wielką fanką jest moja nastoletnia córka.


Wiedziałem, że tym razem nie obejdziemy się smakiem i w garażu trafiliśmy na trzy sztuki GT3 RS w barwach TaxiRing.de (w tym jedno z pakietem Manthey), jedno od GetSpeed Race Taxi i dwa z ukraińskimi rejestracjami, ewidentnie przechowywane tam od dłuższego czasu. Jedno było schowane pod oryginalnym pokrowcem z logo Porsche, a drugie okrywała już całkiem spora warstwa kurzu. No cóż...


Oprócz 911 GT3 RS w garażu „drzemało” również kilka Caymanów od RingTaxi Rental (te niebieskie) oraz „porszawki” (te żółte) i BMW M2 od Big Garage, dwie sztuki Mercedesa-AMG GT (w tym jeden zielony niczym Kermit na numerach z Litwy) i przeurocza Samba na deser.


Na sam koniec naszej wizyty na Nürburgringu przemieściliśmy się na Döttingen Höhe, czyli kultową stację benzynową ulokowaną obok prostej o tej samej nazwie, skąd również pochodzi wiele filmików z autami, które można spotkać na i w okolicach toru (to tutaj Ferrari F40 zahaczyło o Volvo 850 T-5). Przy stacji jest mały parking, na którym można zostawić auto na maksymalnie 30 minut, a w budynku stacji znajduje się prawdziwy skarb modelarza, czyli duży i kompleksowo wyposażony sklep z miniaturkami aut w każdej skali. Na terenie stacji obowiązuje zakaz fotografowania, ale i tak nikt tego nie bierze na poważnie. Podczas naszego przystanku paliwo uzupełniał między innymi McLaren 570S i oczywiście co? Ano Porsche 911 GT3 RS!

Generalnie Nürburgring to mekka Porsche i GT3 RS można tu spotkać na każdym rogu. W sumie z samych zdjęć zliczyłem 7 sztuk plus kilka zauważonych w tak zwanym przelocie. Nie to co w Zuffenhausen, gdzie pojechaliśmy jeszcze tego samego dnia, ale to już opowieść na kolejny materiał.

Nawet na rondzie przed głównym wejściem 911-ki co rusz zawijały całymi stadami. Ogólnie ich nagromadzenie w tej okolicy było perwersyjnie chore.

Ponieważ czas nas gonił, żeby jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Zuffenhausen, odpuściliśmy sobie przystanki na punktach widokowych, których opuszczając tor minęliśmy kilka. Na pewno nadrobimy to kolejnym razem, bo Nürburgring to miejsce, które raz odwiedzone przyciąga do siebie niczym magnes. No właśnie, magnesu na lodówkę sobie nie kupiliśmy więc tym bardziej trzeba tam wrócić!

niedziela, 11 października 2026

Nr 111: 2026 Skoda Karoq 2,0 TDI 150 KM DSG7 4x4 Sportline

Karoq to prawdziwy rynkowy dinozaur, który wszedł do sprzedaży w 2017 roku, a lifting miał w 2022. Przez ten czas produkowany był i / lub jest nadal w zasadzie wszędzie: Czechy, Słowacja, Niemcy, Rosja, Ukraina, Indie... Mało tego, Karoq ma bardzo duże rodzeństwo. Jest bliźniakiem jednojajowym SEATa / Cupry Ateca, a poza starym kontynentem można go powiązać z Volkswagenami Tarek, Taos i Tharu, czy w końcu chińską Jettą VS5. Karoq jest również blisko spokrewniony z większym  Kodiaqiem, Tiguanem, a nawet Tarraco. Oto przykład szerokiej unifikacji w grupie Volkswagena.

Nazwa średniego SUV-a Skody pochodzi ze zlepku słów wziętych z dialektu Indian żyjących na wyspie Kodiaq (taki „easter egg”), które oznaczają auto i strzałę (patrz logo Skody). Kreatywnie, nie powiem. Szkoda tylko, że tej pomysłowości zabrakło trochę przy tworzeniu nazw nowych elektryków Peaq i Epiq, bo wciąż mylę nazwy tych dwóch skrajnie różnych modeli.

Jak wygląda?

Po lifcie Karoq nabrał charakteru, o ile można mówić o tym w wypadku Skody. Otrzymał bardziej wyszczerzoną osłonę chłodnicy, inaczej poprowadzone linie świateł oraz bardziej agresywnie wystylizowany zderzak przedni. Z tyłu światła są bardziej filigranowe, a zamiast znaczka z indiańską strzałą (lub kurą, jeśli ktoś woli) mamy dumny napis Škoda.


Na zdjęciach widzicie wersję Sportline z dodatkowym pakietem black (czarne emblematy). Sportlina rozpoznamy po nisko lakierowanych zderzakach i błotnikach lakierowanych aż do samych krawędzi nadkoli. Osobiście wolę w tym miejscu czarne nielakierowane listwy chroniące lakier nie tylko przed krzaczorami, ale również nieostrożnymi osobami wysiadającymi z auta zaparkowanego obok naszego „kuraka”.

Skoda Karoq to kompaktowy SUV o wymiarach niemal identycznych jak u konkurencji (na przykład Renault Symbioz): długość 4390 mm, szerokość 1841 mm, wysokość 1603 mm, rozstaw osi 2638 mm. Do tego mamy koła w rozmiarze 225/50 R18 z felgami model Hydrus, które wydają się idealnym kompromisem pomiędzy komfortem, bezpieczeństwem i wyglądem. Za dopłatą 2 400 PLN możemy mieć 19” Sagitarius, ale moim zdaniem wyglądają one mniej atrakcyjne.


Oświetlenie to full LED Matrix z dynamicznymi kierunkowskazami, co udowadnia, że mimo iż Karoq to konstrukcja sprzed dekady, producent stara się nadążać nad obecnymi trendami i technicznymi nowinkami.

Jakie ma wnętrze?

Na szczęście pogoń za nowinkami ominęła design wnętrza Skody Karoq. Wciąż mamy tu klasyczne przyciski i ekran centralny zatopiony w konsoli, zamiast na siłę doklejonego tableta. Nie znajdziemy tu również żadnych gładzików i przycisków haptycznych. Jak dla mnie to jedna z głównych zalet wnętrza tego auta.

Z minusów mamy trochę piano black na konsoli wokół wybieraka dźwigni zmiany trybów jazdy automatu DSG. Duża solidna dźwignia ucieszy osoby lubiące mieć za co złapać. Nie mamy tu jeszcze drobnych dźwigienek znanych z nowszych model Volkswagena, czy Toyoty, co dla jednych będzie zaletą, a dla innych może być wadą.


W prezentowanym aucie rolę zegarów pełni Virtual Cockpit o przekątnej 10,25”. W niższych poziomach wyposażenia zamiast niego mamy 8” Digital Display. Z elektroniki wspomnę jeszcze o Bluetooth Plus z indukcyjną ładowarką, dwustrefowy Climatronic (za 1 400 PLN nawet trójstrefowy), a w konsoli środkowej Infotainment z 8” ekranem dotykowym. Wersja z nawigacją kosztuje dodatkowe 2 100 PLN, a z ekranem 9,2” nawet 5 800 PLN. To akurat duży minus dla Skody, bo konkurencja potrafi to już oferować standardzie. Po jakości obrazu z kamery cofania dobrze widać upływ czasu.  Dobrze, że oprócz niej mamy jeszcze czujniki parkowania z przodu i z tyłu, co akurat jest zaletą i nieoczywistym wyposażeniem, biorąc pod uwagę obecność kamery.. System kamer 360 stopni wymagają dopłaty w wysokości 3 900 PLN, ale razem z nim otrzymujemy wspomaganie parkowania Park Assist.


Fajnie wyglądają sportowe pseudokubełkowe fotele ze zintegrowanymi zagłówkami. Sportowego sznytu dodaje czarna podsufitka (uwielbiam to) i  stalowe nakładki na pedały, które dostaniemy tylko w Sportline. Przednie fotele są podgrzewane, a tylna kanapa może dostać ogrzewanie, ale tylko w pakiecie z przednią szybą za dopłatą 1 500 PLN. Trójramienna sportowa kierownica wielofunkcyjna z manetkami do sekwencyjnej zmiany biegów dobrze leży w dłoniach i wygląda zdecydowanie lepiej niż dwuramienna dostępna w tańszych wersjach.


Skodowskie „simply clever” to między innymi doceniany i przez niewielu kopiowany uchwyt na bilet parkingowy na słupku A po stronie kierowcy, parasol chowany pod fotelem i aż cztery cykorłapki, co obecnie nie jest już takie oczywiste, bo przykładowo w moim Renault nie mam ani jednej. Jeśli jesteśmy już przy podsufitce, to elektrycznie sterowane panoramiczne okno dachowe kosztuje w Karoqu 5 600 PLN.

Z bogatego wyposażenia Karoqa Sportline wymienię jeszcze pakiet Sunset, czyli przyciemniane tylne szyby, Kessy Full, czyli bezkluczykowy dostęp, Light & Rain Assist, czyli automatycznie uruchamiane światła i wycieraczki, elektromechaniczny hamulec postojowy z Auto Hold, czy w końcu elektrycznie sterowane, podgrzewane i składane lusterka boczne. Za widoczny na zdjęciach Sound System Canton (10 głośników, cyfrowy korektor) musimy dopłacić uczciwe 2 000 PLN.


Wielkość wnętrza to główna zaleta Skody Karoq. Za przednimi fotelami ustawionymi pod osoby o wzroście 180 cm, na tylnej kanapie usiądą komfortowo ludzie o podobnym wzroście, mając przed kolanami jeszcze sporo miejsca. Karoq to jedno z aut oferujących najkorzystniejszy stosunek pojemności wnętrza względem wymiarów zewnętrznych.

Posiadaczy małych dzieci zainteresuje fakt, że gniazda Isofix i Top Tether znajdziemy w standardzie tylko na skrajnych bocznych miejscach tylnej kanapy. Isofix z przodu kosztuje dodatkowe 600 PLN w pakiecie Simply Clever Family i znowu przychodzi mi do głowy fakt, że inni robią to lepiej, oferując Isofix z przodu w standardzie. Fajnie, że wśród licznych airbagów chroniących pasażerów mamy poduszkę kolanową dla kierowcy, ale za boczne z tyłu (nie mylić z kurtynami, które są w standardzie) trzeba już dopłacić 2 400 PLN. Coraz częściej spotykanej poduszki pomiędzy przednimi siedzeniami nie dostaniemy nawet za dopłatą, ale to raczej wynika z wieku konstrukcji Skody Karoq.


No i na koniec bagażnik: duży (wyjściowo 479 - 521, maksymalnie 1630 - 1810 litrów), zorientowany pionowo, ze stalowym dojazdowym kołem zapasowym (dopłata 800 PLN) schowanym pod podłogą. Oparcie kanapy składa się w proporcjach 60:40. Jest też chowany hak holowniczy, który w najdroższej opcji z elektrycznym zwalnianiem i adapterem kosztuje 4 700 PLN. W przestrzeni bagażowej zabrakło mi jednak gniazda 12V (w kabinie są aż dwa), albo nie potrafiłem go znaleźć, oraz tej fancy latarki pełniącej rolę oświetlenia bagażnika. Dwa gniazda USB typu C również mamy tylko z przodu, co w obecnym świecie jest słabym punktem wnętrza Karoqa. Elektrycznie sterowana klapa bagażnika z bezdotykowym otwieraniem kopniakiem pod zderzakiem wymaga dopłaty 4 500 PLN, ale za to podnosi się wysoko, chroniąc nasze głowy przed urazem. Elementy pakietu „simply clever” do bagażnika kosztują grosze i w sumie aż dziw bierze, że trzeba za nie dopłacać. Taka jest filozofia Skody (patrz Volkswagena), albo są to gratisy, które można łatwo wynegocjować podczas składania zamówienia, co pozwoli osłodzić gorycz straty pieniędzy wydanych na zakup auta (o tym jednak za chwilę).


Jak jeździ?

Technicznie Skoda Karoq siedzi na wielokrotnie już opisywanej platformie MQB i w swojej historii miała pod maską chyba wszystkie możliwe silniki grupy VW (bez hybryd): 1,0 TSI 115 KM, 1,5 TSI 150 KM, 2,0 TSI 190 KM, 1,6 TDI 115 KM oraz 2,0 TDI 150 i 190 KM.

Obecnie wybierać możemy pomiędzy 6-biegowym manualem lub automatem DSG7 oraz napędem na przednią oś lub na wszystkie koła. Z silników ostały się jeszcze 1,0 TSI 115 KM, 1,5 TSI 150 KM, 2,0 TSI 190 KM 4x4 oraz (jeszcze) 2,0 TDI 115 KM i 150 KM. Chodzą głosy, że śladem Octavii, również z Karoqa znikną silniki diesla, ale szczerze mówiąc wątpię, żeby Skoda pracowała nad zastąpieniem ich silnikami hybrydowymi eTSI. Czas pokaże kto ma rację.

Testowane auto posiada dwulitrowe TDI o mocy 150 KM i maksymalnym momencie obrotowym 360 Nm oraz napędem 4x4. Osiągi Karoqa z tą jednostką to 8,7 sekundy do setki i prędkość maksymalna 204 km/h. Szału nie ma, ale w sumie po co nam więcej. To nie jest auto sportowe, a raczej rodzinny SUV dla kogoś kto ceni komfort i przestrzeń nad sportowymi osiągami i emocjami z jazdy. Jako ciekawostkę dodam jednak, że za 4 300 PLN zamówić sobie możemy pakiet Performance, w skład którego wchodzi zawieszenie adaptacyjne DCC, funkcja off-road dla napędu 4x4 i progresywny układ kierowniczy. Tyle o sportowych emocjach. Komfort za to na pewno podniesie niezależne ogrzewanie postojowe ze zdalnym sterowaniem, które kosztuje 5 400 PLN.

Zużycie oleju napędowego waha się w zakresie 5-6 l/100 km w jeździe mieszanej, ale bez autostrady. Według producenta średnie spalanie powinno zawierać się pomiędzy 5,5 i 6,1 l/100 km, więc mamy tu nieliczny przykład zgodności realiów z obietnicami. Aha, pod klapką wlewu paliwa (i AdBlue) znajdziemy drugi najsłynniejszy element „simply clever”, czyli skrobaczkę do szyb.

Podsumowując:

Cena Sportline z dwulitrowym TDI, skrzynią DSG i napędem na cztery koła to 160 100 PLN. Dla porównania 1,0 TSI 115 KM z sześciobiegowym manualem i w podstawowym pakietem wyposażenia Essence startuje w cenniku od 93 500 (wszystkie ceny to stan na październik 2026). Jeśli jednak poniesie nas fantazja, to cenę prezentowanego auta spokojnie podbijemy do poziomu powyżej 200 000 PLN. Czy to dużo? Sporo, biorąc pod uwagę fakt, że Skoda plasowana jest jako budżetowa marka w koncernie i powinna czym prędzej stawić czoła chińskiej konkurencji cenami właśnie.

Czy auto się podoba? Zdecydowanie, w końcu to jeden z najpopularniejszych modeli Skody, oferując naprawdę wiele pod może i niezbyt porywającą sylwetką, ale chyba w tym tkwi jej przepis na sukces. Nikt niby nie zauważa Karoqa, ale jeśli zacznie szukać auta spełniającego pozornie sprzeczne oczekiwania, trafi w końcu na konfigurator Skody i złoży swój podpis pod zamówieniem. Nawet jeśli nadal nie będzie pewnym słuszności swojego wyboru, to Karoq i tak go przekona do siebie w codziennym użytkowaniu. Simply clever!

poniedziałek, 21 września 2026

Nr 110: 2019 Lexus UX 200

O Lexusie UX pisałem już na moim blogu. Była to elektryczna wersja 300e, więc z nieukrywaną ciekawością przesiadłem, a raczej przesiedliśmy się niedawno na dłuższą chwilę do odmiany UX 200 z podstawowym silnikiem spalinowym bez hybrydy. Jednostka taka dostępna była tylko przed liftingiem UX-a, po którym w 2023 roku zastąpiona została hybrydą 250h. Opisywany tutaj egzemplarz został wyprodukowany wiosną 2019 roku, więc jest to jeden z pierwszych UX-ów jakie trafiły na rynek, a materiał ten możemy potraktować jako test auta używanego.

Urban Explorer, bo stąd właśnie pochodzi nazwa UX, jest obecnie najstarszym modelem w gamie Lexusa. Wszedł on na rynek w 2019 roku i nic nie zapowiada, aby miał otrzymać w niedługim czasie następcę lub chociażby lifting nawiązujący do nowego ES-a, czy też zmodernizowanego NX-a.

Lexus UX został zaprojektowany w Europie i bazuje technicznie na platformie GA-C, którą dzieli chociażby z Toyotą C-HR i Corollą Cross. Produkowany jest nadal w Japonii, jak wszystkie Lexusy dostarczane na nasz rynek, a konkretnie w fabryce w Kyushu. Po zaprezentowaniu najmniejszego Lexusa - modelu LBX, UX stał się naturalnym łącznikiem w palecie marki, pomiędzy wspomnianym crossoverem klasy B, a średniej wielkości NX-em. Co ciekawe, w UX można znaleźć elementy wspólne z LBX-em, jak chociażby lusterka boczne czy dźwigienki na kierownicy.

Nie pomylisz go

Lexusa UX nie da się pomylić z innym autem. Jego odważny, nowoczesny, może nawet nieco kontrowersyjny design budzi ogólnie pozytywne emocje i na pewno wyróżnia auto na drodze. To jedyny Lexus posiadający „rogi”, a dokładniej wystające elementy na górnych krawędziach tylnych lamp, które po raz pierwszy w historii tej marki połączono wspólnym pasem ledowym. Czy auto może się podobać? Może, ale to oczywiście rzecz gustu. Ja bym zmienił kilka detali, ale ogólnie bryła nadwozia i rozwiązania stylistyczne oceniam na plus.



Kompaktowemu Lexusowi dobrze w czerni. Egzemplarz ze zdjęć ma kolor Obsidian Black (kod 212) i chromowane elementy, zdecydowanie wyróżniające się na tle głębokiej czerni nadwozia. Niedawno widziałem poliftowego UX-a w wersji „full black” i muszę przyznać, że wyglądał on jeszcze lepiej, a na pewno bardziej zadziornie od chromowanego standardu. W bieli UX-owi również do twarzy i wydaje mi się, że jedynie pstrokate barwy nie do końca mogą pasować do charakteru jego nadwozia, ale to oczywiście tylko i wyłącznie moje zdanie.

Mimo iż UX traktowany jest jako crossover to miałem wrażenie, że siedzi się w nim stosunkowo nisko, na wysokości porównywalnej ze standardowymi kompaktowymi hatchbackami. Postanowiłem się temu przyjrzeć i z tego powodu przygotowałem małe porównanie wymiarów UX-a na tle konkurencji.

Lexus UX 200 (1) / Audi A3 allstreet (2) / BMW X2 (3) / Mercedes GLA (4) / Kia Xceed (5)

długość: 4495 (1) / 4353 (2) / 4360 (3) / 4417 (4) / 4395 (5)

rozstaw osi: 2640 (1) / 2629 (2) / 2670 (3) / 2600 (4) / 2650 (5)

szerokość: 1840 (1) / 1816 (2) / 1824 (3) / 1804 (4) / 1826 (5)

wysokość: 1520 (1) / 1470 (2) / 1526 (3) / 1507 (4) / 1495 (5)

Jak się okazuje moje wrażenia były złudne i UX doskonale wpisuje się w nurt kompaktowych crossoverów.



Nie rozsiądziesz się

O ile z przodu Lexus UX ładnie otula kierowcę i pasażera, o tyle z tyłu jest on po prostu ciasny. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to auto dla rodziny 2+2, w której dzieci są co najwyżej w wieku wczesnoszkolnym. Owszem, awaryjnie na tylnej kanapie przetrwają również dorośli, ale nie oszukujmy się, że będzie to dla nich podróż życia. Może bardziej prze-życia...



Wnętrze opisywanego auta wykończono w jasnoszarym kolorze o kodzie FA11. Materiały są wysokiej jakości, a spasowanie stoi na wysokim poziomie (w końcu to Lexus). Widać to nawet po 7 latach i ponad 120 000 kilometrów niełatwego życia jako auto zastępcze u autoryzowanego dealera.

Sama deska rozdzielcza z nakładającymi się na siebie kolejnymi warstwami różnych materiałów i kolorów  wciąż kojarzy mi się z... kanapką.


Wiek UX-a mści się na multimediach. Wyświetlacz, software, nawigacja, kamera cofania - to wszystko zdecydowanie trąci już myszką. Do tego mamy lansowany w owym okresie gładzik, popularny w kilku markach tuż przed wprowadzeniem ekranów dotykowych. Wymaga on przyzwyczajenia i nieco utrudnia obsługę systemu pokładowego, a w czasie jazdy potrafi wręcz rozproszyć kierowcę.


Z minusów wspomnę jeszcze o słabym wyciszeniu wnętrza, które daje się odczuć nie tylko przy wyższych prędkościach jazdy oraz naprawdę symboliczny bagażnik, znacząco ograniczający możliwości wyjazdowe i transportowe Lexusa UX. 320 litrów podstawowej objętości, wysoki próg załadunkowy i sama podłoga to nie jest to, czego byśmy oczekiwali, nawet biorąc pod uwagę fakt, że UX to może i nieco wyrośnięty, ale wciąż kompakt.

Nie zepsuje się

Pod maską UX 200 pracuje sprawdzona dwulitrowa wolnossąca jednostka napędowa z 16. zaworami i rozrządem napędzanym łańcuchem. Osiąga ona moc 171 KM i maksymalny moment obrotowy 205 Nm. Wykonany w całości z aluminium silnik Toyota Dynamic Force engine (M20A-FKS) znajdziemy również w Lexusie ES 200. To stosunkowo trwały i dobrze oceniany motor, którego żywotność bez poważniejszych awarii szacowana jest na jakieś 250 000 kilometrów.

Silnik wyposażony jest w system zmiennych faz rozrządu VVT-iE na wałku ssącym (napędzany elektrycznie) oraz VVT-i na wałku wydechowym (działa hydraulicznie). Dzięki zastosowanej technologii D-4S motor posiada podwójny wtrysk paliwa - bezpośredni oraz pośredni, co ogranicza problem nagaru na zaworach ssących i ma zapewniać lepsze spalanie i niższą emisję szkodliwych substancji. Wysoka sprawność jednostki napędowej osiągnięto dzięki wysokiemu stopniowi sprężania (13:1) i pracy w cyklu Atkinsona. Niestety w związku z tym do naszych uszu docierać mogą wrażenia dźwiękowe przypominające te znane z aut napędzanych silnikiem diesla.



Do wad dwulitrowej jednostki zaliczyć można zacinający się szybko EGR, którego chłodnica lubi pękać, co kończy się zazwyczaj spalaniem płynu chłodniczego i białym kolorem spalin. Warunkiem niezawodnej pracy jednostki jest dobre paliwo, dobrej jakości płyn chłodniczy i wymiana oleju 0W-20 zgodnie z założeniami producenta, czyli raz na 15 000 kilometrów lub co roku.

Jak już wspominałem, jest to w pełni spalinowy silnik i trzeba przyznać, że brak hybrydy daje się odczuć, zwłaszcza jeśli ktoś miał wcześniej do czynienia z hybrydowymi Lexusami i Toyotami, o co w obecnym czasie raczej nie jest trudno. 9,2 sekundy do setki i prędkość maksymalna 190 km/h nie są wynikami wybitnymi, a raczej przeciętnymi dla aut z klasycznym napędem właśnie. Przy tej mocy mogłoby być lepiej.

Napęd na przednie koła przekazuje bezstopniowa skrzynia Direct Shift D-CVT. UX 200 prowadzi się pewnie, a pokonywanie zakrętów jest jego mocną stroną. Samochód ma fajne, względnie komfortowe zwieszenie, dobrą trakcję, wystarczającą dynamikę i elastyczność, a przyspieszanie odbywa się w sposób płynny, bez wyczuwalnych szarpnięć.

Mimo ponad 7 lat na karku, prezentowany UX wyposażony jest w system bezpieczeństwa Lexus Safety System pierwszej generacji, w skład którego wchodzi między innymi wykrywanie pieszych i rowerzystów, aktywny tempomat, utrzymywanie pasa ruch i rozpoznawanie znaków drogowych. Ponadto auto uzyskało bardzo dobre wyniki testów zderzeniowych wszystkich znaczących organizacji.

Nie oszczędzisz nim

Lexus UX 200, który służył nam za drugie auto w domu przez równe 3 tygodnie miał w chwili odbioru przebieg 123 641 km. Dołożyliśmy od siebie kolejne 570 km zużywając przy tym 45,87 litrów benzyny, co dało średnią 8,05 l/100 km w jeździe miejskiej i podmiejskiej. Tutaj również daje się odczuć brak hybrydy. Wynik 8 l/100 km to całkiem sporo, porównując je chociażby ze spalaniem w identycznych warunkach naszego hybrydowego LBX-a, które okazuje się być o połowę niższe.

Trudno mi pisać o cenach nowego UX-a 200 ponieważ od 2023 roku nie ma go już w ofercie. Używane egzemplarze cenione są na 95 000 do 140 000 zł. Czy to auto jest tyle warte? W moim odczuciu nie, biorąc pod uwagę ilość wad względem zalet. No chyba, że dla kogoś liczy się tylko wygląd i kontrowersyjny design UX-a kradnie jego serce. Rozum powinna jednak skraść hybryda. Ja z UX-a wysiadam, szybko o nim zapominam i jakoś wcale nie tęsknię.

Więcej zdjęć Lexusa UX 200 znajdziecie na Facebooku i Instagramie.