środa, 24 czerwca 2026

Miejsca: Motor Valley i La Fabbrica Blu w Campogalliano

Muszę przyznać, że przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy opuszczoną fabrykę Bugatti opisać pokrótce w poście na Facebooku, czy jednak poświęcić jej oddzielny wpis na blogu. Jak widać wybrałem tą drugą opcję ponieważ dla prawdziwego petrolheada miejsce to ma szczególne znaczenie i należy mu się szersza prezentacja.


Zanim jednak przejdziemy do „niebieskiej fabryki” chciałbym wyjaśnić, czym jest ta cała Motor Valley i wcale nie chodzi mi tutaj o serial na Netfixie.

Motor Valley to włoski szlak w regionie Emilia-Romania, biegnący wzdłuż autostrady A1 (autostrada słońca) oraz drogi ekspresowej E35 i E45 (tak zwanej rzymianki), zaczynający się w Piacenzy i ciągnący się przez Parmę, Modenę, Bolonię, Imolę, aż do nadmorskiego Rimini. Bardziej rozeznani w temacie wychwycili już zapewne nazwy kilku miejscowości ściśle związanych z motoryzacją i stąd właśnie pochodzi określenie Motor Valley.


Co zatem znajduje się w „dolinie motoryzacji”? Z najważniejszych lokacji wymienię chociażby siedziby takich firm jak Dallara, Ducati, Ferrari, Lamborghini, Maserati i Pagani (uff). Do tego mamy kilka ciekawych kolekcji i muzeów związanych z motoryzacją oraz tory wyścigowe ze słynną Imolą na czele. Nie wszyscy pamiętają jednak, że tuż obok Modeny, a dokładnie w Campogalliano, znajduje się opuszczona fabryka Bugatti, w której przez pięć lat powstawał kultowy model EB 110.

La Fabbrica Blu (lub jak kto woli „blue factory” lub swojskie „niebieska fabryka”) to jeden z ciekawszych epizodów w historii Bugatti, która naznaczona jest pasmem wzlotów i upadków, ale po kolei...


Założycielem marki był słynny Ettore Bugatti, włoski przedsiębiorca operujący w alzackim Molsheim, które na początku XX wieku należało do Cesarstwa Niemieckiego, a dopiero po I wojnie światowej znalazło się na terytorium Francji.

Do wybuchu II wojny światowej pod marką Bugatti powstawały auta wyścigowe, drogowe samochody sportowe oraz luksusowe limuzyny. Początkiem końca złotej ery Bugatti była II wojna światowa, podczas której siedziba i fabryka w Molsheim doznały sporych zniszczeń. Jeszcze przed wybuchem wojny, w 1939 roku, syn Ettore Jean zginął w wypadku testując typ 57C „tank racing car”, którego notabene sam zaprojektował. Ettore zmarł wkrótce po wojnie, w roku 1947 roku, a firmie pod przewodnictwem młodszego syna Rolanda nie udało się podnieść z upadku i koniec końców została wykupiona przez koncern lotniczy Hispano-Suiza, z którego autami Bugatti wcześniej konkurowało.

Po 25 latach świat przypomniał sobie ponownie o marce Bugatti za sprawą Romano Artioliego. Ten włoski przedsiębiorca z Bolzano kierował w latach 80. jednym z największych przedstawicielstw Ferrari obsługujących północne Włochy i południowe Niemcy. Za namową między innymi samego Ferrucio Lamborghini wykupił on w 1987 roku prawa do marki z Molsheim wierząc w możliwość jej odrodzenia.

W strefie przemysłowej położonego niedaleko Modeny Campogalliano Artioli zlecił budowę zupełnie nowej fabryki zaprojektowanej przez architekta Giampaolo Benediniego. Budowa La Fabbrica Blu trwała dwa lata (1988-90) i kosztowała podobno 100 milionów dolarów amerykańskich. Jej nazwa pochodzi od rzucającego się w oczy niebieskiego budynku, na którego ścianie w oryginale znajdowało się owalne logo z napisem Bugatti na czerwonym tle. Budynek ten jest wciąż widoczny z autostrady A22 (Autostrada del Brennero biegnąca z Modeny w kierunku północnym), ale ogromnego logo bugatti na jego ścianie niestety już nie zobaczymy. To przed tym niebieskim budynkiem powstało słynne zdjęcie Michaela Schumachera, który w 1994 roku odbierał swoje żółte EB 110. To superauto było w owym czasie lepsze od Ferrari F40 i Lamborghini Diablo, a osiągami pokonał je dopiero niemniej słynny i kultowy McLaren F1.


Tuż obok niebieskiego budynku znajduje się równie specyficzna hala produkcyjna z szedowym (lub jak kto woli pilastym) dachem i kilkudziesięcioma dużymi logotypami EB umieszczonymi na zewnętrznych ścianach każdego z modułów tej hali. Do dzisiaj widok ten robi niesamowite wrażenie i przywołuje historię sprzed 30 lat, gdy powstawały tu kolejne egzemplarze Bugatti EB 110, którego nazwano na cześć 110 rocznicy urodzin założyciela Bugatti.


Założenia EB 110 opracował Marcello Gandini (ten od Lamborghini Miura i Countach), a dzieła dokończył Nicola Materazzi (odpowiedzialny za Ferrari 288 GTO i F40). Niestety na fali światowej recesji, po zaledwie pięciu latach i wyprodukowaniu niespełna 130 sztuk obu wariantów (GT i SS), we wrześniu 1995 roku ogłoszono bankructwo Bugatti Automobili SpA. Stało się to na krótko przed wejściem z autem na rynek północnoamerykański, z czym wiązano spore nadzieje na przetrwanie.

Co ciekawe, w podobnym czasie wspomniany Romano Artioli stał się posiadaczem równie kultowej marki Lotus, którą odkupił od koncernu General Motors w 1993 roku i sprzedał Protonowi trzy lata później. Nie wiem czy wiecie, ale nazwa Lotusa Elise pochodzi od imienia wnuczki Artioliego właśnie.

W 1998 roku prawa do marki Bugatti odkupił Volkswagen, którego chairman Ferdinand Piëch (wnuk Ferdynanda Porsche) doprowadził do powstania bodajże pierwszego hipecara, modelu Veyron, ale to już historia na inną opowieść. Niestety z tego co się orientuję, w Molsheim nie ma niczego co mógłby dopisać na listę miejsc wartych zobaczenia prawdziwy fan motoryzacji.

Licencje na EB 110 kupiła w 1997 niemiecka firma Dauer Racing i do 2001 wypuściła kilka dodatkowych sztuk EB 110 (5?) z karbonowym nadwoziem. Wcześniej z karbonu wykonane było tylko podwozie, które dostarczała francuska firma Aerospatiale. Sam Dauer, obecnie jako Toscana-Motors GmbH po bankructwie w 2008 roku, do dziś sprzedaje części zamienne do Bugatti / Dauer EB 110.


Co do samej La Fabbrica Blu, to została ona wykupiona przez firmę z branży meblarskiej, a obecnie jest w niej ulokowana firma zagospodarowująca odpady. Przez pewien czas w części zamkniętej fabryki Bugatti znajdowała się manufaktura B Engineering założona przez Nicola Materazziego i Marca Deschamps (z Bertone). Próbowali oni swoich sił na rynku superaut z modelem nazwanym Edonis, bazującym na rozwiniętej platformie EB 110, a oferowanym w latach 2000-03 i przez moment przy okazji kolejnego zrywu w roku 2018. Finalnie powstały chyba 3 auta, chociaż w planach była produkcja 21 egzemplarzy bo tyle zostało w magazynie podwozi pozostałych po zaprzestaniu produkcji EB 110.

La Fabbrica Blu jeszcze 10 lat temu była w całkiem dobrej kondycji, dumnie dzierżąc na niebieskiej ścianie duże czerwone logo, a na murze obok bramy wjazdowej niebiecki napis Bugatti Automobili. Wiele pomieszczeń pozostawiono wręcz w nienaruszonym stanie, a klucze do fabryki były w posiadaniu lokalnej społeczności. Teren był udostępniany do różnych eventów tematycznych, czy chociażby otwierany dla fanów motoryzacji spragnionych poobcowania z historią Bugatti. Więcej o tym okresie można się dowiedzieć z filmu dokumentalnego „The Blue Factory” z 2016 roku, a czasy świetności opuszczonej fabryki (jak to zabrzmiało) podziwiać możemy obecnie jedynie na zdjęciach.


Dzisiaj „niebieską fabrykę” możemy zobaczyć co najwyżej zza płotu. Z przodu nie znajdziemy już żadnych śladów świadczących o jej historii (mam tu na myśli napis Bugatti Automobili), a ogromne logo na niebieskim budynku zostało zamalowane i zastąpione napisem Gaza. Praktycznie zupełna dewastacja budynków i ich wnętrz dokonała się podczas nielegalnego rave party, które odbyło się na terenie byłej fabryki w halloween 2025 roku. Z tego też powodu mam do siebie małą pretensję, że tak długo zwlekałem z wyjazdem do Motor Valley. Pomysł ten tlił się w mojej głowie już od dobrych kilku lat i niestety dotarłem do Campogalliano nieco za późno.



Stojąc tak z synem pod płotem La Fabbrica Blue i zerkając pomiędzy chaszczami usuniętymi chyba tylko po to, żeby móc popatrzeć na opuszczone hale, w których kiedyś powstawało Bugatti EB 110, kątem oka zobaczyłem ładnie zrobione Audi A3 w sedanie na niemieckich rejestracjach. Jego kierowca zaparkował tuż obok nas i jak się okazało również zjechał z A22 żeby rzucić okiem na to kultowe miejsce. Porozmawialiśmy chwilę i po kwadransie każdy z nas pojechał w swoją stronę.

PS: Chcąc zwiedzić Motor Valley, z dużą dozą prawdopodobieństwa wylądujecie w Bolonii. Na lotnisku BLQ szukacie wzrokiem Lamborghini w roli „follow me”, a jeśli Wam się nie uda go odnaleźć, to w terminalu będzie czekał najnowszy model tej marki z bykiem w logo. W naszym wypadku był to Temerario (brawurowy, zuchwały). O naszej wizycie w Sant'Agata Bolognese napiszę więcej przy jednej z najbliższych okazji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz