środa, 6 lipca 2022

Nr 63: 2022 Toyota Yaris Cross 1,5 VVT-i Hybrid 116 KM AWD-i Executive

Urodzony zwycięzca

Toyota Yaris to bardzo udane i utytułowane auto. Następca kultowej wręcz Starletki zdobył tytuł Car of the Year już pierwszą swoją generacją wprowadzoną na rynek w 1999 roku. Sukces ten powtórzyła w 2021 roku jej obecna, czwarta już generacja, którą miałem okazję przetestować tutaj.

Generalnie Yaris to książkowy przykład auta segmentu B występującego z nadwoziem trzy- i pięciodrzwiowego hatchbacka. Ale czy tylko? Nie do końca, bowiem już pierwszy Yaris na kilku dalekich Europie rynkach występował jako dwudrzwiowe coupe i czterodrzwiowy sedan Echo / Platz. Drugą można było spotkać jako sedana Vios / Belta, a trzeci Yaris w sedanie był tak naprawdę Mazdą 2 ze znaczkami Toyoty i Sciona. Co ciekawe krótko po prezentacji czwartej generacji Yarisa role się odwróciły i nawet u nas możecie obecnie kupić Mazdę 2, która tak naprawdę jest sprawdzoną konstrukcją Yarisa właśnie.

No dobrze, ale wachlując tymi sedanami marketingowcy nie mogli pominąć szybko rosnącego w siłę trendu tworzenia podwyższonych wersji klasycznych aut, która obejmuje obecnie praktycznie wszystkie segmenty. Owszem, niektórzy mogą jeszcze pamiętać małego minivana Toyota Verso, ale obecnie trend podnoszenia aut sprowadza się do tworzenia crossoverów, które zajmują obecnie miejsce małych kombi i minivanów.

Kwestią czasu było, kiedy Toyota pokaże swojego crossovera w segmencie subkompaktów. Trzeba przyznać, że czas poświęcony na jego opracowanie nie był czasem straconym, bo wiosną 2020 roku zaprezentowano atrakcyjnie wystylizowanego Yarisa Cross.

1. Czym jest?

Jak już wspomniałem jest to crossover segmentu B o długości nieco powyżej 4 metrów. Ktoś może powiedzieć, że Toyota ma już takie auto w postaci C-HR, ale moim zdaniem te auta nie są do końca konkurencją dla siebie i nie tylko Toyota stosuje takie zabiegi (spójrzcie chociażby tylko na VW T-ROC i Taigo). Co prawda pojawiły się głosy, że Yaris Cross produkowany od lipca 2021 roku w fabryce TMMF we francuskim Valenciennes, ma zastąpić w niedalekiej przyszłości wspomniane C-HR trafiające do nas z tureckiej fabryki TMMT, ale moim zdaniem oba auta mogą funkcjonować na rynku równocześnie ponieważ nie do końca są skierowane do tej samej grupy odbiorców.

A do zakupu zarówno Yarisa, jak i C-HR-ki zachęcać odbiorców może fakt, że Toyota stosunkowo dobrze radzi sobie z kryzysem na rynkach półprzewodników i nie każe swoim klientom czekać na odbiór w nieskończoność.

2. Jak wygląda?

W czasach takiego nagromadzenia na rynku konkurencyjnych modeli trzeba zaproponować produkt, który spodoba się jak najszerszemu gronu potencjalnych klientów. Muszę przyznać, że Yaris Cross taki właśnie jest. Jego stylistyka jest może mniej kontrowersyjna niż klasycznego Yarisa, ale nadal zachowuje ona atrakcyjność i jednoznacznie wskazuje, z autem jakiej marki mamy do czynienia. Przednia część auta sprawia po prostu sympatyczne wrażenie i sądzę, że nie bez powodu przypomina mi hybrydowy model Mirai drugiej generacji.

Yaris Cross nadal pozostaje zwartym autem, a stosunkowo szybko opadająca linia dachu stawia go w jednej linii z innymi crossoverami. Udało się uniknąć stylistom nadania sylwetce wyglądu pseudo kombi, czy może raczej minivana, bez zbytniej utraty funkcjonalności wnętrza i bagażnika, ale o tym napiszę nieco później.


O ile przód nadwozia zaprojektowano po prostu sympatycznie (czy Wy również macie wrażenie, że Cross się do Was uśmiecha?), o tyle tył jest już narysowany zdecydowanie ostrzej, co by wręcz nie powiedzieć agresywniej. Szeroki tylny spoiler, którego profil niejako powtarza linia tylnych świateł, a do tego wysoko zadarty kuper i spory prześwit pod zderzakiem naprawdę robią wrażenie jakby auto czaiło się do startu.

Jak już wspomniałem Yaris Cross ma nieco ponad 4 metry długości, a dokładnie 4180 mm (+240 mm względem normalnego Yarisa). Jego rozstaw osi to 2560 mm (tyle samo co w normalnym Yarisie), szerokość 1765 mm, a wysokość 1595 mm (+95 mm względem normalnego Yarisa). Nie chcę powiedzieć, że są to wymiary idealne, ale większe z pewnością zaszkodziłyby takim atutom tego auta jak jego zwartość i zwinność, a mniejsze... mniejsze są zarezerwowane dla równie ciekawego, niedawno zaprezentowanego Aygo X.



Testowany egzemplarz pomalowano w kapitalnym moim zdaniem kolorze Imperial Red (3U5), który kosztuje dodatkowo 2 900 PLN i może być skojarzony z czarnym dachem Eclipse Black (2SZ). Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Yaris Cross w tej czerwieni wygląda nawet lepiej niż w promowanym w materiałach prasowych musztardowym kolorze Warm Gold (5C2).

Yaris Cross w wersji Executive stoi na 18-calowych alufelgach o atrakcyjnym wzorze i dwukolorowej tonacji (czerń + szlifowane aluminium), które wyposażono w opony o rozmiarze 215/80. Mimo iż jest to największy rozmiar kół dostępnych seryjnie w Crossie to jak się na nie patrzy to ma się wrażenie, że nawet ten rozmiar jest wciąż nieco za mały. Z jednej strony jest to sprawką stosunkowo dużego prześwitu podwozia jak i samych nadkoli, a z drugiej wrażenie to mogą potęgować sporej szerokości plastikowe nakładki okalające nadkola, które bardzo ładnie kontrastują w tym wypadku z soczystą czerwienią nadwozia.

3. Jakie ma wnętrze?

Wsiadając do Crossa z jednej strony od razu wiemy, że to Toyota, a z drugiej strony czujemy, że to nie jest zwykły Yaris. W wyposażeniu Executive mamy do dyspozycji dwukolorową tapicerkę wykonaną z połączenia materiału i skóry. Skórą pokryta jest kierownica i wykonano z niej mieszek dźwigni zmiany biegów. Kierownica jak i przednie fotele są podgrzewane.

Wracając do kolorów, to brązowe wstawki zdecydowanie ożywiły wnętrze Yarisa Cross. W tym kolorze wykonano górną powierzchnię deski rozdzielczej i podszybia przednich drzwi, a także środkowe części siedzisk i oparć foteli zarówno z przodu jak i z tyłu, które wykonano z materiału z ciekawymi przeszyciami w kształcie diamentów.

Przypatrując się desce rozdzielczej na pierwszy rzut oka trudno znaleźć różnice względem klasycznego Yarisa. Po chwili jednak w oczy rzucają się dwie rzeczy. Pierwsza to inaczej zaaranżowany zestaw wskaźników, który w swojej środkowej części przyjął formę wielofunkcyjnego wyświetlacza o przekątnej 7 cali. Druga to konsola środkowa płynnie łącząca się piano dekorem z centralnym ekranem dotykowym. W normalnym Yarisie elementy te są wizualnie od siebie oddzielone.

Kolorowy ekran środkowy HD o przekątnej 9 cali i systemem Toyota Smart Connect poznałem już w Yarisie hatchback i prócz tego, że nie jest on choćby trochę zwrócony w stronę kierowcy, nie mogę zarzucić mu niczego. Oczywiście system multimedialny oferuje łączność Bluetooth i współpracuje z systemami Apple CarPlay i Android Auto. Radio cyfrowe w technologii DAB rozbrzmiewa z systemu 6 głośników, a za dopłatą możemy otrzymać System Premium Audio JBL z ośmioma głośnikami. Jeśli chodzi o gniazda multimedialne, to w konsoli środkowej znajdziemy USB starego typu i gniazdo 12V (drugie w bagażniku), a za ładowanie smartfona w czasie jazdy może odpowiadać ładowarka indukcyjna umieszczona w półeczce przed dźwignią zmiany biegów.


Executive oferuje nam w standardzie bardzo przyjazną w obsłudze nawigację Connected z mapami online i czteroletnią darmową transmisją danych. Wskazania nawigacji dublowane są na mniejszym ekranie w zegarach przed kierowcą, a jedyne co może nieco drażnić jest nazwijmy to „zdigitalizowany” język, jakim operuje lektorka podpowiadająca nam kierunki jazdy. Jeśli ktoś jest fanem cyberpunka i filmów sci-fi z lat 90-tych ubiegłego wieku ten będzie w siódmym niebie. Nawigacja ostrzega nas również przed fotoradarami, ale tylko tymi wbudowanymi na stałe.


Zajmując miejsca w pierwszym rzędzie foteli bez problemu znajdziemy optymalną dla siebie pozycję. Fotele mają regulację wysokości i jak już wspominałem są podgrzewane. Drzwi otwierają się dosyć szeroko, a wsiadanie i wysiadanie jest komfortowe ze względu na wyższe położenie siedziska niż ma to miejsce w normalnych samochodach.


Z tyłu sytuacja jest zgoła odmienna. Drzwi otwierają się wąsko i prawdę mówiąc nie pomaga tu wykrój otworu drzwiowego porównywalny długością swojej górnej części do tego z przodu. Po tym jak już wgramolimy się na tylną kanapę od razu dostrzeżemy zdecydowanie ubożej wykończone boczki drzwiowe, których jedynym elementem urozmaicającym czerń jest fragment powłoki wykonanej z materiału. Warto jeszcze zauważyć, że kieszenie w drzwiach Yarisa Cross ograniczają się jedynie do otworów, w które można włożyć butelkę z wodą, i to też nie za dużą. Myślę, że 1 litr to max co nam tam wejdzie. W konsoli środkowej pasażerów tylnej kanapy również nie znajdziemy nic poza czarnym plastikiem i na pocieszenie pozostaje nam fakt, że w oparciach obu foteli są kieszenie na książki i gazety, a w rozkładanym podłokietniku dwa cupholdery.


Kanapa składa się w trzech elementach i w proporcjach 40 / 20 / 40. Oczywiście mamy w niej gniazda do mocowania fotelików zarówno w systemie Isofix jak i Top Tether. Sam bagażnik w wersji AWD-i ma pojemność zmniejszoną do 320 litrów (2WD może ich przyjąć blisko 400), ale jego proporcjonalne kształty pomagają nam przełknąć utratę tych 80 litrów. Dodatkowo po obu stronach podłogi mamy głębokie wnęki na jakieś butle czy inne pionowe elementy, wyjmowana podłoga to twarda i sztywna płyta, a po obu bokach bagażnika znajdziemy po dwa ucha do mocowania linek, czy też siatki schowanej pod podłogą bagażnika.

No właśnie pod podłogą mamy stosunkowo dużą przestrzeń, którą jakby nie starano się wykorzystać do końca. Nie mamy tam koła zapasowego, a jedynie najpotrzebniejsze rzeczy z zestawem naprawczym, ale wciąż pozostawiono tam kilka dobrych centymetrów przestrzeni między styropianową wytłoczką i tylną krawędzią bagażnika, którą można byłoby zapełnić dodatkową wnęką na tak zwane „przydaśki”.

Dla jednych wadą, dla drugich zaletą będzie zapewne fakt, że zamiast tylnej półki mamy gęstą i nieprzejrzystą siatkę rozpiętą na drucianym stelażu odwzorowującym profil bagażnika na wysokości tylnej szyby. Co prawda mamy w Executive przyciemnione tylne szyby, ale osłona taka z pewnością przydaje się w tańszych wariantach, które tego przyciemnienia nie mają. Fakt, że przy okazji nie da się na niej położyć niczego cięższego tylko poprawia bezpieczeństwo bierne podróżujących z tyłu pasażerów.

Jak już wspominałem Cross idąc śladem klasycznego Yarisa również jest autem zorientowanym na kierowcę i jego współpasażera (-ki), więc mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że jest to auto bardzie 2+2, czyli dla rodzin z małymi dziećmi lub osób, które okazyjnie podróżują w pełnej obsadzie i to raczej na krótszych dystansach.

4. Jak jeździ?

Poprawnie, komfortowo i mimo wyżej położonego środka ciężkości zaskakująco pewnie. Czuć podczas jazdy stosunkowo krótki rozstaw osi i na poprzecznych nierównościach niekiedy mamy wrażenie podskakującej piłeczki, ale ogólnie rzecz biorąc Yaris Cross jest bardzo komfortowym autem zarówno na drodze utwardzonej, jak i bezdrożach. Oczywiście ocenę tą odnoszę do rywali rynkowych i innych aut tej wielkości i przedziału cenowego, żeby nikt mi zaraz nie zarzucił, że przecież w Klasie S jest jeszcze większy komfort.

W zawieszeniu Yarisa Cross znajdziemy klasyczne kolumny MacPhersona z przodu oraz podwójne wahacze z tyłu i muszę przyznać, że zestaw ten sprawdza się wystarczająco dobrze. Za skuteczne zatrzymanie auta odpowiadają hamulce tarczowe przy każdym z kół.

Za bezpieczeństwo czynne podróżujących Crossem osób odpowiadają między innymi systemy wspomagające kierowcę w czasie jazdy. Wiecie może jednak, obecność którego z nich doceniłem najbardziej w ciągu tych 3 dni spędzonych z tym autem? Nie, to nie był asystent pasa ruchu, aktywny tempomat, ani czujnik martwego pola z diodami w lusterkach. Był to system monitorujący ruch poprzeczny w czasie cofania i właśnie w najmniej spodziewanym momencie zadziałał on sygnalizując mi, że wzdłuż ut zaparkowanych pod pewnym dyskontem pędzi szalony zakupoholik, któremu zasada ograniczonego zaufania dawno z głowy już wyparowała. Dziękuję Toyota, bardzo dobrze zadbałaś o swój i mój „tyłek”.

Podwozie i główne komponenty mechaniczne auta zaprojektowano według nowej architektury TNGA, która zapewnia niespotykaną wśród innych producentów modułową konstrukcję głównych komponentów, co ma znacząco wpłynąć na koszty, jak i czas produkcji różnych modeli. Czym to się objawia? Chociażby tym, że obie wersje nadwoziowe Yarisa mają ten sam rozstaw osi, mają identyczne moduły napędowe i przekazania napędu (notabene produkowane w polskich zakładach Toyoty na Dolnym Śląsku). Dobrym przykładem zastosowania wspólnej architektury jest głęboko posadowiony silnik. Otwierając maskę można odnieść mylne wrażenie, że czegoś tu brakuje, albo motor po prostu opadł na poduszkach. Oczywiście to wszystko są tylko nasze odczucia i nic takiego się nie wydarzyło. Warto wspomnieć, że na tej samej platformie TNGA GA-B prócz całej rodziny Yarisa (włączając w to GR-a) zbudowano również debiutujące niedawno Aygo-X.

Sercem najmniejszego Crossa jest układ hybrydowy czwartej generacji, w skład którego wchodzi silnik spalinowy 1,5 VVT-i i dwa silniki elektryczne, po jednym przy każdej z osi. W ten właśnie sposób realizowany jest napęd AWD-i. Oczywiście pomimo napędu na cztery koła Yaris Cross nie jest prawdziwą terenówką. Co prawda mamy przycisk systemu wspomagającego zjeżdżanie ze wzniesienia, czy dodatkowe tryby jazdy snow i trail, ale jedyne na co się odważyłem to wjazd leśnym duktem w okolice, które okazały się być miejscem ścinki drzew. W pierwszej chwili wydawało mi się, że przeceniłem nieco możliwości Crossa i będę potrzebował pomocy, ale przy zachowaniu zimnej krwi i wzmożonej uwagi samochód dziarsko poradził sobie z grząskim piaskiem i nie tak małymi koleinami wyjeżdżonymi przez sprzęt leśny i ciężarówki wywożące z lasu ścięte drzewa.

Silnik 1,5 to trzycylindrowa jednostka z wtryskiem bezpośrednim i inteligentnym systemem zmiennych faz rozrządu VVTi generuje moc 92 KM i 120 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Układ elektryczny daje nam dodatkowe 80 KM i 141 Nm. Pamiętajmy jednak, że wartości tych w układzie hybrydowym nie można sumować, więc tak naprawdę mamy 116 KM mocy i moment zależny od tego, z jakiego napędu w danej chwili korzystamy. Pomiędzy fotelami przednimi znajdziemy przycisk EV, który umożliwia wymuszenie jazdy tylko i wyłącznie na napędzie elektrycznym. Są tu jednak pewne ograniczenia. Pierwsze to nieprzekraczanie prędkości bodajże 45 km/h, a drugi odpowiedni poziom naładowania baterii. To drugie ograniczenie okazało się być kluczowe, chociaż nawet pomimo zbyt niskiego poziomu energii układ hybrydowy wciąż pracował i pozwalał na manewrowanie, czy nawet swobodną jazdę z wyższymi prędkościami przy użyciu napędu zero emisyjnego.

Czas przyspieszania Yarisa Cross od 0 do 100 km/h wynosi 11,8 sekundy, a prędkość maksymalna to 170 km/h. W zasadzie te parametry powinny okazać się wystarczające, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt do jakich zastosowań i pod jakich klientów auto to zostało opracowane. Wartość wymienionych wyżej parametrów po części wynikać może z masy, z jaką Yaris Cross musi sobie poradzić, a z drugiej strony z zastosowania automatycznej przekładni, która może mieć wpływ na nieco słabsze osiągi.

Masa własna Yarisa Cross potrafi osiągnąć nawet 1360 kg, a dopuszczalna masa całkowita aż 1775 kg. Samochód może ciągnąć przyczepę z hamulcem ważącą do 750 kg (550 kg bez hamulca). Zastanawiacie się zapewne jaki ma to wpływ na spalanie tego auta i na ile deklaracje producenta pokryją się z prawdziwym wynikiem uzyskanym w moim teście.

Nie będę więc trzymał Was w niepewności i powiem, że jeśli chodzi o średnie spalanie to Toyota trafiła w punkt z tym, co podaje w swoich materiałach. Według oficjalnych danych Yaris Cross powinien zadowalać się średnim spalaniem w granicach 4,7-5,1 litra na sto kilometrów. Już w połowie testu okazało się, że Yaris pobiera mniej, a dokładnie 4,5 l/100 km. Później jednak przyszło mi wypróbować auto w warunkach trudniejszych, przy większym obciążeniu zarówno jeśli chodzi o pasażerów, jak i warunki drogowe. Po pokonaniu nieco ponad 400 kilometrów, na koniec mojej przygody z tym autem, komputer pokładowy wskazał średnie zużycie na poziomie 4,9 l/100 km, czyli idealny środek zakresu, jaki podaje Toyota. Brawo!

Mając na uwadze fakt, że zbiornik paliwa w Yarisie Cross ma pojemność tylko 36 litrów wciąż zapewnia nam to zasięg na poziomie 750 – 800 kilometrów, co należy uznać za wartość więcej niż przyzwoitą. Gwoli ścisłości dodam tylko, że emisja szkodliwego CO2 waha się w tym aucie w zakresie od 106 do 115 g/km.



5. Podsumowując:

Sympatyczna i uniwersalna. W zasadzie tymi dwoma słowami mogę podsumować Toyotę Yaris Cross. Przyznam się, że to auto naprawdę przypadło mi do gustu. To taki dobry kumpel, z którym można skoczyć na piwo (bezalkoholowe oczywiście), czy na ryby i ma się pewność, że on nigdy nas nie zawiedzie. Można z nim praktycznie wszystko, nigdy nie wymięknie i będzie zawsze w pogotowiu. Normalnie Toyota.

Ile kosztuje Yaris Cross? Wyjściowo od 88 900 PLN, hybryda od 100 900 PLN, wersja Executive od 123 900 PLN, a z napędem AWD-i od 133 900 PLN, a prezentowany egzemplarz został skonfigurowany na jakieś 140 000 PLN. Dużo powiecie? No w sumie w tej cenie da się już skonfigurować jakiegoś konkretnego kompakta, ale na pewno nie takiego, którym podjedziecie pod wysoki krawężnik nie bojąc się o swoje podwozie i który przy braku jakiegokolwiek przejmowania się eco-drivingiem i tak odwdzięczy się Wam spalaniem na poziomie <5 l/100 km? Szczerze wątpię.

Więc jeśli potrzebujecie auta do opery i na działkę, lubicie wyskoczyć do lasu na grzyby lub polami popędzić nad ulubione łowisko, a w mieście parkowanie na wysokich krawężnikach to Wasza codzienność, Yaris Cross będzie idealnym wyborem. Może i trochę poświęcono tutaj funkcjonalności dla stylu i możliwości, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Samochód został mi udostępniony przez Toyota Mikołajczak z Kalisza, autoryzowanego dealera marki Toyota. Więcej zdjęć znajdziecie na Facebooku i Instagramie, a filmową prezentację auta na YouTube.



wtorek, 21 czerwca 2022

Nr 62: 2022 Audi e-tron GT quattro

Electric Kingdom

Elektryczna przyszłość motoryzacji jeszcze do niedawna mogła kojarzyć się głównie z wózkami golfowymi lub jajowatymi „toczydełkami” rodem z filmów science fiction. Dopiero Tesla pokazała, że auto elektryczne może wyglądać jak zwykły samochód, dawać prawdziwą frajdę z jazdy, a w wielu aspektach być wręcz lepsze od auta z klasycznym napędem spalinowym. Niewątpliwy sukces jaki osiągnęła Tesla był i nadal jest solą w oku innych producentów, zwłaszcza tych z długimi tradycjami w produkcji samochodów.

Jeśli chodzi o marki wywodzące się ze starego kontynentu, to dopiero niedawno pojawili się pierwsi gracze, którzy mogą stanąć do rywalizacji z Teslą S. Na pewno do tego grona zaliczyć możemy Mercedesa EQS i EQE oraz... Audi e-tron GT, o którym chciałbym właśnie nieco więcej napisać.

1. Czym jest?

Audi e-tron GT to drugie w pełni elektryczne i póki co flagowe bezemisyjne auto producenta z Ingolstadt. Jego wprowadzenie na rynek zapowiedziano pojazdem koncepcyjnym, który w zasadzie niewiele odbiegał stylistyką od auta produkcyjnego i został pokazany już pod koniec 2018 roku. Dwa lata później zaprezentowano finalną wersję tego czterodrzwiowego Gran Turismo, które technicznie jest bliźniaczą konstrukcją z Porsche Taycanem.

Na chwilę obecną e-tron GT występuje tylko w jednej wersji nadwoziowej, podczas gdy Taycana możemy kupić zarówno jako sportowego sedana, jak i shooting brake Gran Turismo (także jako „uterenowionego” Crossa). Chodzą słuchy, że Taycan ma wkrótce zastąpić podobną w charakterze Panamerę, a z tego co wiem wynikami sprzedaży Taycan już ją pokonał. W 2021 roku pierwsze w pełni elektryczne Porsche sprzedało się w ilości o 25% większej niż klasyczna Panamera, wyprzedzając przy okazji sprzedaż kultowej 911-tki.

Wróćmy jednak do bohatera dzisiejszego odcinka, którym jest bardziej „plebejskie”, choć przez wielu uważane za ładniejsze Audi e-tron GT quattro. Jest ono produkowane w fabryce Böllinger Höfe w Heilbronn niedaleko Stuttgartu, razem z kultowym już Iron Manem, czyli supersportowym modelem R8. Fabryka ta szczyci się zastosowaniem wysokich standardów ekologicznych i najnowszych rozwiązań w zakresie automatyzacji procesów produkcyjnych.

2. Jak wygląda?

Projektując pierwsze generacje modeli elektrycznych, które w zamyśle mają wkrótce przerodzić się w cały typoszereg aut oferowanych równolegle ze spalinowymi odmianami, należy z jednaj strony zachować cechy przynależności do marki, a z drugiej dodać coś, co jednoznacznie wyróżni elektryczne warianty od rodzeństwa z konwencjonalnymi rodzajami napędu. Jednocześnie zastosowanie elektrycznego napędu zniosło designerom wiele ograniczeń, przez co auta te mogą mieć naprawdę fantastyczne kształty przypominając swoimi liniami concept cary sprzed raptem kilku, czy może kilkunastu lat.

Wygląd to bardzo mocna strona e-trona GT. Warto wspomnieć, że za projekt jego nadwozia odpowiada nasz rodak Parys Cybulski, który wcześniej stylizował wygląd obecnej generacji Audi A6. Może właśnie dzięki temu udało się zaprojektować ciekawie wyglądającego sedana o ewidentnie sportowym charakterze, który już na pierwszy rzut oka mówi nam, że pochodzi z rodziny Audi i aż trudno uwierzyć, że pod maską... znajdziemy dodatkową przestrzeń bagażową , czyli tak zwany frunk.

E-tron GT nie jest autem małym. Ma blisko 5 metrów długości (4989 mm), dwa metry szerokości (1964 mm bez lusterek) i raptem 1,4 metra wysokości (1413 mm). Jego rozstaw osi to aż 2898 mm, ale manewrowanie w ciasnych miejscach znacząco ułatwiają skrętne tylne koła, które są elementem dodatkowego pakietu Dynamic.

Auto stoi w oryginale na 19-calowych felgach, ale prezentowany egzemplarz wyposażono w opcjonalne i bodajże najdroższe (+ 17 420 PLN), 21-calowe alufelgi Konkav o nazwijmy to ekonomiczno-futurystycznym wzorze, które bardzo ładnie spasowały się z bielą auta demonstracyjnego. W tym wypadku kolor to jednak przejaw czystego pragmatyzmu ponieważ biały Ibis jest jedynym kolorem, który nie wymaga obecnie dopłaty. Czyżby czasy, gdy biały był kolorem prestiżowym, za który wołano sowitej dopłaty odeszły już do historii? Na to wygląda.

Z bielą nadwozia wręcz rasowo kontrastuje pakiet optyczny Czerń plus, którego cechą są połyskujące czernią elementy nadwozia: obramowanie singleframe, znaczki i logo Audi, dolne części zderzaków wraz z dyfuzorami oraz listwy biegnące wzdłuż progów nadwozia. Wraz z lakierowanymi na czarno lusterkami kosztuje to dodatkowe 8 250 PLN i moim zdaniem jest warte dodania do listy opcji. Co ciekawe zachowanie Audi singleframe w kolorze reszty nadwozia kosztuje 1 750 PLN ponieważ w standardzie ma ona kolor szary Hekla. Ostatnimi czarnymi elementami widocznymi w nadwoziu opisywanego auta jest szklany dach panoramiczny, który otrzymujemy w standardzie i przyciemnione tylne szyby wymagające dopłaty 2 240 PLN.

Wracając jeszcze do felg, to 21 cali średnicy zestawiono z 9,5-calami szerokości z przodu i aż 10,5-calami z tyłu. Osadzone na nich opony mają odpowiednio 265 i 305 mm szerokości. Cieszyć może fakt, że w tego typu aucie projektanci nie postradali zmysłów i nie zaoferował opon o szerokości kilkunastu centymetrów.

Oświetlenie zewnętrzne to oczywiście full LED-y, a za dopłatą mogą to być LED-y matrycowe, również z laserowymi światłami drogowymi znanymi chociażby ze wspomnianej już R8-ki.

3. Jakie ma wnętrze?

Do e-trona GT się nie wsiada, do niego się wpada. Nie będzie w tym przesady jeśli napiszę, że wsiada się do niego niczym do rasowego auta sportowego. Jest nisko, płasko i stosunkowo ciasno gdyż fotele bardzo fajnie otulają ciało kierowcy i pasażerów. Co prawda w czasie jazdy nie odczuwa się tego jako negatyw, ale wsiadanie i wysiadanie wymaga nieco kondycji i zdecydowanie mniejszego brzucha niż ten, którym obdarzyła mnie natura.

Generalnie wnętrze utrzymane jest w czarnej tonacji, wliczając w to podsufitkę. Jeśli chodzi o materiały to możemy wybierać między tkaniną, mikrofibrą, skórą ekologiczną i naturalną Nappa. Z założenia jednak, jako ekologiczne i jednocześnie luksusowe auto, e-tron GT quattro może poszczycić się mianem „leather free interior”, wciąż pozostając jednak samochodem luksusowym w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie wiem czy wiecie, ale do wyprodukowania materiału Kaskade potrzebnego na jeden fotel zużytych zostaje 119 butelek PET odzyskanych drogą recyklingu.

Fotele przednie są regulowane przynajmniej w 8 kierunkach, a o komfort podróżujących dba trzystrefowa automatyczna klimatyzacja, którą otrzymujemy już w standardzie. Zimą zaś ogrzeje nas pompa ciepła, wykorzystująca do tego celu ciepło odbierane z układu chłodzenia baterii, co pozwala zredukować dodatkowy pobór energii o tej niesprzyjającej elektrykom porze.

Mimo iż na tylnej kanapie mamy trzy zagłówki, to po wyprofilowaniu siedzisk i oparć ewidentnie widać, że podróżować tam powinny jedynie dwie osoby.

Jeśli chodzi o elektroniczne „wspomagacze” to nie będę wymieniał tutaj wszystkiego, a ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że e-tron GT ma lub może mieć w zasadzie wszystko: kamery 360 stopni, radary średniego i długiego zasięgu, sensory ultrasoniczne, kamerę night vision i co tylko dusza zapragnie. Zamiast zegarów przed oczami kierowcy znajduje się Audi Virtual Cockpit z ekranem o przekątnej 12,3 cala, z centralny ekran dotykowy systemu MMI ma rozmiar 10,1 cala.

W Audi e-tron GT quattro mamy aż dwa bagażniki. Klasyczny z tyłu ma pojemność 405 litrów i jest płytki ze względu na umieszczoną pod podłogą instalacją elektryczną. Drugi zaś znajdziemy z przodu i ma on pojemność 85 litrów, więc walizka kabinowa spokojnie powinna się w nim zmieścić.

Teraz ciekawostka – czy wiecie może, w jaki sposób otwiera się przednią pokrywę? Nie? Ja Wam tego nie powiem. Odwiedźcie najbliższego partnera Audi i spróbujcie znaleźć to bez korzystania z podpowiedzi obsługi salonu i szukania w internecie. Zabawa gwarantowana.

4. Jak jeździ?

E-tron GT quattro jest w stanie osiągnąć prędkość 100 km/h w 4,1 sekundy i muszę przyznać, że to przyspieszenie po prostu się czuje. Miałem możliwość wypróbować auto nie tylko w mieście, ale również w ruchu autostradowym i powiem szczerze, że to jak ono przyspiesza praktycznie z każdej prędkości może postawić włosy na głowie nawet... łysemu.

To wszystko jest zasługą 350 kilowatowej „elektrowni” dającej moc równą w przeliczeniu 476 KM, a zwłaszcza generowanemu przez tą instalację maksymalnemu momentowi obrotowemu na poziomie 630 Nm, który jest dostępny w zasadzie na życzenie, co jest cechą charakterystyczną aut z elektrycznym napędem.

Prędkość maksymalna nie jest w e-tronie GT quattro ograniczona w żaden sposób, no może jedynie poza nieco większą wagą, która w przypadku tego auta sięga 2,2 tony. Mimo to „bazowy” e-tron GT jest w stanie rozpędzić się do prędkości ponad 250 km/h. Do wyboru mamy cztery tryby jazdy: comfort, efficiency (ograniczający v-max do 140 km/h), dynamic (czytaj sportowy) i individual. O łatwe i skuteczne zatrzymanie nie tylko szybkiego, ale i ciężkiego auta dba zaś ceramiczny układ hamulcowy, lub tak jak w przypadku opisywanego egzemplarza, hamulce karbidowe.

E-tron GT jeździ pewnie i wcale nie mam tu na myśli łatwego manewrowania dzięki systemowi skrętnych kół tylnych (o kąt do 2,8 stopnia). Nisko umieszczony środek ciężkości wynikający z rozłożenia baterii na całej powierzchni podłogi, prawie idealny rozkład mas 50:50, szeroko rozstawione koła i napęd quattro zapewniają autu stabilność niespotykaną w klasycznych samochodach sportowych. Co ciekawe napęd quattro realizowany jest przez dwa silniki elektryczne, po jednym na każdą z osi.

Jeśli chodzi o ładowanie to mamy do dyspozycji dwa gniazda, po jednym z każdej strony pojazdu, które umieszczono w przednich błotnikach. Dlaczego dwa? Ponieważ jedno obsługuje złącze AC, a drugie AC/DC. Zastosowana w aucie 800-voltowa technologia powinna w teorii zapewnić ładowanie prądem do 270 kW. Jeśli uda nam się pozyskać takie źródło ładowania, to prąd niezbędny do pokonania 100 kilometrów jesteśmy w stanie pobrać w czasie 5 minut, a pełne ładowanie (do 80% pojemności baterii) potrwa nieco ponad 22 minuty. Baterie litowo-jonowe, które zabudowano w podłodze posiadają rozbudowany system chłodzenia cieczą z czterema niezależnymi obiegami.

W celu redukcji oporów powietrza, które bezpośrednio przekładają się na zużycie energii elektrycznej, w e-tronie GT zastosowano aktywną aerodynamikę, w skład której wchodzi nie tylko automatycznie wysuwający się tylny spoiler, ale również samoczynnie otwierające się otwory w przednim zderzaku, specjalne profile felg aluminiowych i płaską podłogę, która zapobiega zawirowaniom powietrza opływającego auto od spodu. Za dopłatą możemy dostać również regulowane pneumatycznie adaptacyjne zawieszenie, które przy wyższych prędkościach obniża auto 2 cm.

Według WLTP zasięg powinien oscylować w granicach 487 kilometrów, ale biorąc pod uwagę fakt, że bateria o pojemności netto 85 kW oddawać będzie przy spokojnej jeździe jakieś 20 kWh na każde 100 kilometrów to bardziej realnym wynikiem wydają się okolice 400 kilometrów. Oczywiście jeśli nie będziemy sobie żałować (tak jak to miało miejsce podczas jazdach próbnych tego dnia), to zasięg może spaść nawet do 250 kilometrów, co jak łatwo policzyć przekłada się na zużycie energii >30 kWh na 100 kilometrów.

5. Podsumowując:

O tym jak ważny dla Audi jest e-tron GT może świadczyć fakt, że w konfiguratorze na stronie producenta jest on pozycjonowany na samej górze listy modeli. Wyjściowa cena e-trona GT to jakieś 450 kPLN (stan na połowę roku 2022), oczywiście wersja RS jest odpowiednio droższa.

Muszę przyznać, że taka elektromobilność to jest to. W początkowej fazie auta elektryczne powinny właśnie dawać jak najwięcej frajdy z jazdy przekonując do siebie zatwardziałych konserwatystów. Oczywiście nie uważam, żeby elektryfikacja wyparła silniki spalinowe w pełni i widzę przed nami wiele lat koegzystencji obu rodzajów napędu. Niemniej jednak nie będę miał nic przeciwko, jeśli amatorzy szybkiej i bezpiecznej jazdy będą mogli wybierać między bezszelestnymi elektrykami i ryczącymi V8-kami.

Audi e-tron GT quattro miałem okazję wypróbować na krótkiej trasie testowej podczas eventu z modelami Audi e-tron zorganizowanego przez Audi Centrum Wrocław.

czwartek, 2 czerwca 2022

Eventy: Tasty Ride – May it be British

Drugie Tasty Ride sezonu 2022 przeszło już do historii. W piękny słoneczny sobotni poranek w samym środku miesiąca maja uczestnicy kolejnego eventu z tego smakowitego cyklu zebrali się na parkingu przed salonem BMW i MINI Sikora w Opolu. Wśród uczestników można było dostrzec zarówno starych wyjadaczy, również takich którzy nie opuścili jak dotąd ani jednego wspólnego wyjazdu, jak i nowi fascynaci, którzy zasmakowali grupy dopiero w tym sezonie. Razem na parkingu zebrało się bodajże 27 aut, a łącznie liczba uczestników sięgnęła 45 osób. Póki co była to najliczniejsza grupa, która postanowiła razem odkryć najlepsze drogi tym razem Opolszczyzny i Czech.

Najpierw jednak czekała nas część statyczna, w czasie której można było urządzić sobie pogadanki, czy też poznać bliżej i przejechać się wybranymi autami Mini i BMW oraz posilić się zgodnie z wcześniej ustalonym menu. W tym czasie organizatorzy wyjazdu zadbali o dystrybucję pakietów startowych i odpowiednie oznaczenie aut uczestników kultowymi już lepkami. Okoliczni spotterzy mieli zaś okazję złapać kilka fajnych aut w obiektywy swoich aparatów, z czego oczywiście skorzystali.



Trzeba przyznać, że i tym razem było co podziwiać. Grupie przewodziło Audi R8 należące do organizatorów, które wystylizowano foliami na Iron Mana. Wśród reszty aut warto wymienić chociażby praktycznie nowego Jaguara F-Type Convertible w matowo żółtym wrappingu, kanarkowo żółtego Lexusa LC 500, Porsche 911 Carrera 4S i Caymana GT4, Mercedesa AMG GTR Roadster, Audi TT by Abt i BMW M2, BMW M4 i 4 w kupecie, dwa ryczące Mustangi, trzy Audi A5 / RS5 Sportback, Hyundaia i30N Fastback, mocno zmodzona Corsa C i dwa chyba najbardziej sympatyczne auta wyjazdu, czyli Lotusa Elise i Abartha 595 Pista 70th Anniversario. Jechało z nami również znane już wcześniej MINI JCW GP, które wraz z Clubamanem innego uczestnika i dwoma safetycarami użyczonymi z załogą przez MINI Sikora tworzyły praktycznie całą paletę tej marki, którą mogliśmy podziwiać na trasie. Zapewne z tego też powodu wyjazd nosił podtytuł „May it be British”. Wśród mniej rasowych, ale wciąż walecznych aut zamykających peleton warto wymienić Hondę Civic damskiej załogi, dosłownie rodzinnego Forda S-MAX, Focusa ST, czy chociażby mojego Leona.









Mimo iż brytyjskie pojazdy stanowiły dużą grupę w ekipie tej edycji Tasty Ride, to celem naszej podróży był jednak inny kraj, a konkretnie Czechy. Do granicy w Głuchołazach mieliśmy z Opola niespełna 80 kilometrów, co w teorii powinno zająć nam jakąś godzinkę jazdy. Godzinkę bez przerwy, ale takowe mieliśmy dwie, a w zasadzie trzy i to jeszcze po naszej stronie granicy. Pierwszą był briefing w R33 Car Wrap & Protection, drugiego partnera wyjazdu, odpowiedzialnego za foliowe kreacje na wspomnianym już R8 Iron Man, Jagu F-Type i MINI GP. Tam też zaopatrzeni w kawę, którą również mogliśmy wybrać wcześniej sami, mieliśmy chwilę na zerknięcie za kulisy pracy warsztatu oklejającego auta foliami oraz podziwiać rozebrane do rosołu, a raczej do oklejania AMG GLE.





Po uruchomieniu i konfiguracji apki pełniącej rolę walkie-talkie ruszyliśmy w stronę granicy. Żeby ominąć zakorkowaną o tej porze Nysę, trasa nasza biegła mało wygodnym, ale za to bardzo malowniczym objazdem przez Zaporę Jeziora Nyskiego, gdzie musieliśmy chwilę przystanąć, żeby zebrać do kupy grupę rozbitą przez tymczasową sygnalizację świetlną kierującą ruchem wahadłowym na wspomnianej zaporze.

Trzecim i ostatnią pauzą przed wjazdem do Czech były Głuchołazy, gdzie można było uzupełnić zapas paliwa w autach i zapas pożywienia w żołądkach przekąszając kanapkę, również przygotowaną nam przez organizatorów. W tym czasie postronni widzowie mieli okazję pooglądać auta uczestników i porobić sobie zdjęcia na ich tle. Trzeba przyznać, że lokalnych amatorów motoryzacji nie brakowało i ekipa Tasty Ride zrobiła tego dnia niezłą niespodziankę w tym przygranicznym mieście. Cieszyć mógł zwłaszcza widok młodszego pokolenia, które ochoczo pozowało na tle Iron Mana, Mustangów, Lotusa, Porsche i innych charakterystycznych aut z grupy.





Wracając do trasy, to cały pokonany tego dnia dystans liczył jakieś 360 kilometrów i jeśli odliczymy 150-160 km pokonane na dojazd i powrót z czeskiej granicy, to pozostaje nam około 200 kilometrów, które przejechaliśmy tego dnia po górskich drogach naszych południowych sąsiadów.

Nie chciałbym tu opisywać całej trasy kilometr po kilometrze, ale jej zwieńczeniem był górski odcinek Karlova Studanka - Kouty nad Desnou - Cervenohorske Sedlo. W każdym z tych miejsc mieliśmy krótką przerwę, a wjazd i zjazd z Cervenohorskego Sedla było prawdziwym zwieńczeniem wyjazdu. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to najlepsza droga w Czechach, która wyremontowana niedawno przy współudziale unijnych funduszy w pewnym sensie może konkurować chociażby z alpejskimi przełęczami. Kilkanaście kilometrów serpentyn i nawrotek o 180 stopni potrafiło rozgrzać każde hamulce i wyjeździć każdego do kresu jego możliwości.



Co mnie zaskoczyło u Czechów (poza dobrą jakością dróg oczywiście)? Ich zachowanie, które w większości przypadków było bardzo sympatyczne. Przyjacielskie nastawienie można było poznać po tym, jak wielu lokalesów machało do nas z uśmiechami na twarzach i pozdrawiało na trasie. Niestety były również mniej przyjemne momenty, jak chociażby pewien podchmielony gość prezentujący przy drodze objętość swojego mięśnia piwnego. Prawdziwym draństwem było jednak zajeżdżanie drogi wyprzedzającym autom ekipy Tasty Ride przez miejscowego szeryfa w Dacii Duster. To było nie tylko złośliwe, ale wręcz niebezpieczne. Na szczęście nasze drogi szybko się rozeszły i reszta trasy przebiegła już bez takich wątpliwych niespodzianek.

Tuż po godzinie 19 wróciliśmy do Opola, gdzie w salonie BMW i MINI Sikora czekała na nas kolacja. Tym razem był to szwedzki stół z niezliczonymi rodzajami sushi, które chyba bardziej pasowałoby do edycji 'May it be Japan'... 

Enyłej wyjazd zakończył się w miłej atmosferze, jak zawsze zresztą. Po wspólnej kolacji rozwiązano konkurs sponsorowany przez MINI Sikora, w którym nagrodą okazał się detailing auta i uczestnicy powoli zaczęli rozjeżdżać się w stronę swoich domów, anonsując oczywiście udział w kolejnej edycji, która będzie miała miejsce na początku czerwca i nosić będzie nazwę „Gold Rush”.

Podsumowując plusy i minusy Tasty Ride Vol. 2/22:

+ atmosfera, luz, brak spiny i nadęcia,

+ ta sama zgrana ekipa plus nowi, równie sympatyczni ludzie,

+ jak zawsze dobrze przygotowana i rozpisana trasa,

+ łatwa komunikacja i przekazywanie na bieżąco informacji o trasie oraz ewentualnych utrudnieniach,

+ naklejki startowe (w końcu) w dwóch wersjach na lewy i prawy bok auta (wiem, czepiam się),

+ oddzielny plus należy się za trasę wiodącą przez Cervenohorske Sedlo,

- niebezpieczne sytuacje na drodze z winy innych uczestników ruchu, na które organizatorzy nie mieli oczywiście wpływu (kamikadze w Lagunie po naszej stronie i szeryf w Dacii po stronie czeskiej),

- większa ilość aut utrudniała nieco ich ogarnięcie i utrzymanie w kupie (wydaje się, że 30 aut to absolutny max),

- safetycary i fotocary czasami niepotrzebnie uciekały w pogoni za peletonem wolniejszym członkom grupy, przez co ogon z „maruderami” pozostawał bez żadnego nadzoru i wsparcia,

- pojawiły się prawdziwe supercary, za którymi zwykłym szarakom trudno było czasem nadążyć,

- wraz z coraz szybszymi autami pojawiły się elementy presji prędkości i szczypta rywalizacji, która momentami prowadziła do naprawdę niepotrzebnego łamania przepisów, na czym mogło ucierpieć bezpieczeństwo uczestników i nie tylko...

Nie będę ukrywał, że w mojej ocenie idea Tasty Ride, a konkretnie jezdnej części ostatniego eventu zdryfowała w nie do końca właściwym kierunku. Oczywiście wszystko da się jeszcze naprawić. Może warto byłoby rozważyć utworzenie dwóch grup: typowej fast i bardziej slow, ze zwiększonym nadzorem nad każdą z nich. Myślę, że wtedy ci szybsi nie będą narzekać, że muszą czekać na maruderów, a ci wolniejsi nie będą się wpieniać, że muszą gonić resztę, często wręcz na granicy możliwości swoich słabszych aut.

Drugą opcją może być wprowadzenie tak zwanej selekcji aut uczestników i sfokusowanie się na tylko jednej, określonej grupie odbiorców.

Podkreślam, że to tylko i wyłącznie moja ocena, z punktu widzenia tego słabszego i wolniejszego uczestnika. Podsumowując jednak, z wyjazdu Tasty Ride – May it be British jestem zadowolony w powiedzmy 90%, a to i tak naprawdę dobry wynik. Mam tylko nadzieję, że kolejne edycje eventów spod tego znaku wrócą jednak do swoich korzeni, co niejako sami organizatorzy zapowiedzieli krótko po zakończeniu brytyjskiego wyjazdu z MINI na czele.

Tak jak poprzednim razem, również teraz proponuję na sam koniec odnośniki do kont na Instagramie.

Organizatorzy: @tastyridepl @czlowiekreklama @pablobios / @projectcarpl @berettowa / @_ev.girl_

Foto i video: @carrafal, @alexandradrozdz @zorzafilms / @wyzvid

Patronat: @r33_carwrap_and_protection, @minisikora

Jeśli kogoś pominąłem (lub mam usunąć z listy) bądź popełniłem jakiś błąd w relacji proszę o informację, a natychmiast to poprawię.

Więcej zdjęć z Tasty Ride – May it be British znajdziecie na Facebooku i Instagramie.